Księga czytelników
zobacz
wpisz się


Historie już napisane

2007
czerwiec
maj
2006
październik
sierpień
lipiec
maj
kwiecień


Muzyka: "For the Princess" z OST do "Sailor Moon"



Jeśli chcecie więcej...

Jeśli chcecie mile spędzic czas...
Forum Miłośników Blogów Draco Maleficium

Inne blogi Drejcza M. ^^
Uskrzydleni Moje autorskie opowiadanie- gdzie w lot wzbijają się mechaniczne smoki...
Real Draco Maleficium Dla wszystkich tych, których zaciekawiła moja osoba- prywatne życie dziwoląga ^^
Eternal night Historia yaoi Harry/Draco- na szóstym roku granica między miłością a nienawiścią zaciera się w nocy
Gdzie smok zrzuca swe łuski Mój pierwszy blog, pamiętnik Dracona Malfoya-czasami zaskakujące jest to, co się kryje pod łuskami..








2007-06-24 02:31:27 >> Carpe noctem

Dzisiaj coś innego, niż zazwyczaj - fanfik, ale nie do potterowego fandomu. Moja fascynacja "Tańcem Wampirów" musiała znaleźć jakieś ujście, i już dawno temu zaczęłam osobny fanfik osadzony w realiach tego musicalu, ale dzisiaj tak mnie jakoś wzięło, że napisałam sobie taką krótką impresję. Dzieje się to w miejsce piosenek "Na Orbicie Serc" i "Carpe noctem" i stanowi taką moją interpretację tego, co się mogło dziać właśnie w tych momentach. Użyłam fragmentów libretta Micheale'a Kunze w przekładzie Daniela Wyszogrodzkiego. W rolach głównych: polska obsada TW ^^ Chyba nie trzeba znać musicalu, żeby to zrozumieć...

- Halo? Jest tu ktoś? – zawołała Sara w ciszę niezliczonych, ciemnych korytarzy.
Zdecydowała się na jeszcze jeden krok naprzód, na ślepo. Obcasy jej nowych, czerwonych trzewików stuknęły głucho o kamienie.
Nie wiedziała, czego szuka. Chociaż nie – to nie była do końca prawda. Sara przeczuwała, kogo szuka w tej pustce starożytnych murów, które stały tu prawdopodobnie jeszcze zanim Gutenberg pokazał światu swoją ruchomą czcionkę. Jednak nie o tym myślała młoda dziewczyna, błądząc po ciemnym, cichym zamku; nie miała pojęcia, kim był Gutenberg i nigdy w życiu nie widziała wydrukowanej książki, ale właśnie zgubiła się całkiem sama w zamku człowieka, przed którym była ostrzegana i chroniona przez całe życie.
- Halo? – zawołała jeszcze raz. – Ekscelencjo?
Nie powinna była wychodzić z łóżka. Teraz to widziała. Powinna zostać w tej komnacie, do której zaprowadził ją ten garbaty sługa – Kukol, chyba tak miał na imię. To było naiwne, myśleć, że sam książę von Krolock wyjdzie jej na powitanie już pierwszej nocy. Prawdopodobnie właśnie zachowywała się jak niewdzięczna, wiejska prostaczka.
Ale nie mogła zostać w komnacie. Gdyby poleżała jeszcze trochę w tym ogromnym, pustym łóżku, podczas gdy cały zamek zdawał się wołać jej imię, z pewnością by oszalała.
Jej stopy posuwały się powoli, jedna za drugą, w stronę niewyraźnej smugi światła, która przedostawała się przez szparę w drzwiach na końcu korytarza. We wszechogarniającej ciemności, ten mały strumień blasku wydawał się jasny niczym promień latarni morskiej.
Nadszedł czas…
Sara zawahała się przed drzwiami. Ktoś ją wołał – słyszała to wyraźnie. Ktoś był tam, za tym przepysznym portalem, i przyzywał ją ku sobie. Sara znała ten głos. W jej umyśle brzmiał mętnie, niczym śpiew księdza zagłuszany bijącymi dzwonami, ale dziewczyna czuła, że gdyby tylko zrobiła ten jeden krok naprzód, głos wypełniłby ją całą tymi słodkimi dźwiękami, przy których jeszcze nie tak dawno tańczyła z wampirami.
Nadszedł czas…
To był sen. Dziki, wyzwolony, niemożliwy sen. Ale za tymi drzwiami… za tymi drzwiami czekała rzeczywistość, która była bardziej fantastyczna, niż najdziksze z jej fantazji. Sara dotknęła ciepłego, delikatnego materiału szala, który chronił jej ramiona od chłodu, i zamknęła oczy. Tak. Cokolwiek tam było, było rzeczywiste.
Za tymi drzwiami czekała wieczność.
Nadszedł czas…
Sara pchnęła drzwi i weszła do środka sali balowej.
Pomieszczenie było ogromne. Kiedy Sara spojrzała na ścianę po swojej lewej stronie zrozumiała, skąd wzięło się to światło, które widziała wcześniej; ściana poprzecinana była ogromnymi, strzelistymi oknami. Dziewczyna nie znała się na architekturze, więc nie mogłaby nazwać tych okien gotyckimi ani oszacować na ich podstawie, jak stary musiał być ten zamek – ale wiedziała, że światło księżyca, które przedostawało się przez te okna do środka i zalewało pomieszczenie płynnym srebrem, było jednym z najpiękniejszych widoków, jakie kiedykolwiek widziała.
Obrazy na ścianie naprzeciwko zdawały się poruszać…
Na wprost niej, po drugiej stronie ogromnej sali, była klatka schodowa. Wiła się spiralnie w dół, niczym ogromne cielsko węża, a światło księżyca wydobyło z mroku tysiące wzorów i rzeźbień, którymi była zdobiona. Sara wstrzymała oddech. Ktoś tam był.
Szykuj się, dziecko…
Czarna sylwetka księcia von Krolocka wydawała się wyrzeźbiona z mroku. Sara uśmiechnęła się i podeszła nieco bliżej. Książę obserwował ją uważnie ze szczytu klatki schodowej, a chociaż jego usta się nie poruszyły to dziewczyna wiedziała, że to właśnie jego głos ciągnął ją w tej chwili niczym niewidzialny łańcuch.
To on zaprosił ją na bal. To jego cień wołał ją ku sobie każdej nocy. To on dał jej czerwone trzewiki, a wraz z nimi wolność. To on czekał teraz na nią i na jej decyzję.
Sara podjęła ją już dawno.
- Ekscelencjo – Sara dygnęła powoli na środku sali, skąpana w świetle księżyca.
- Moje dziecko… - szepnął von Krolock, a jego głos zabrzmiał niczym poskromiony ryk głodu.
Sara poczuła drżenie. Kiedy zobaczyła, jak książę zaczyna schodzić po schodach w jej stronę, zalało ją tysiąc dziwnych, obcych sensacji, których nie znała i które jeszcze nigdy nie nawiedziły jej myśli. Poczuła się zszokowana własną reakcją i tym, jak reagowało jej ciało – ale z każdym krokiem tego tajemniczego mężczyzny w jej stronę czuła się coraz bardziej podniecona.
Szykuj się, dziecko…
Wreszcie. Von Krolock znalazł się przy niej i delikatnie dotknął jej twarzy jednym, długim palcem. Sara instynktownie zamknęła oczy; dotyk był zimny, ale w jakiś sposób to tylko bardziej podnieciło ogień w jej ciele. Ten dotyk zdawał się krzyczeć.
W zatraceniu wolność jest – tylko we mnie ją odnajdziesz!
Co dręczyło cię we śnie, tu zachwyci cię na jawie…
Gdy ze mną zanurzysz się w mrok, między otchłań a blask, zapomnisz o rozdarciu, zatrzyma się czas…
Owinę cię swym cieniem i rozpalę żar…

- Saro, co ty tu robisz? – spytał von Krolock czule, zbierając włosy z twarzy dziewczyny.
Sara spojrzała na niego znad zmrużonych powiek i uśmiechnęła się. To była gra. Mężczyzna przed nią drażnił ją umyślnie, czuła to każdym elementem swojego ciała. Głos w jej umyśle ofiarowywał jej wieczność, nawet, jeśli usta milczały. Dziewczyna wiedziała już, czemu powinna wierzyć.
- Zgubiłam się, Ekscelencjo – wyznała szeptem, patrząc głęboko w oczy księcia. – Nie mogłam spać.
Me serce to dynamit, tylko iskry mu brak!
- Masz wszystko, czego potrzebujesz?
- Tak – Sara wzięła głęboki oddech, po czym wzięła dłoń von Krolocka w swoją własną i spojrzała wyzywająco w te głębokie, piwne oczy, które zdawały się śpiewać pożądaniem – Prawie wszystko.
Von Krolock uśmiechnął się.
Kiedy przysunął ją do siebie, Sara zerknęła na okna i zobaczyła, że światło księżyca znika. Niebo spowił cień, niczym skrzydła kruka, niczym ta peleryna, którą teraz czuła naokoło całej siebie. Co dziwne, nie wprawiło ją to w strach. Już się nie bała. Wiedziała, co za chwilę się stanie, i nie próbowała uciec. Podświadomie chciała tego już od dawna.
Bo wiem, że wiecznie chcę żyć…
… a wieczność zaczyna się dziś.

Długie, czarne włosy von Krolocka łaskotały jej odsłonioną szyję, kiedy książę pochylił się nad nią. Sara zadrżała mimo woli. Nagle przed jej oczami stanął Alfred – ten słodki, niewinny Alfred, który jeszcze nie tak dawno chciał śpiewać serenadę pod jej oknem i gotowy był pójść razem z nią przez ciemny las, chociaż w jego oczach dziko krzyczał strach. Dlatego, że ją kochał.
Czy von Krolock ją kochał?
Przepraszam, Alfred, pomyślała Sara, zamykając oczy. Usta von Krolocka błądziły parę milimetrów od jej szyi. Teraz nie było już odwrotu. Czekała na nią noc, a razem z nią wolność, taniec, swoboda…
… wieczność zaczyna się…
Wampir zatrzymał się w ostatniej chwili i odwrócił twarz.
- Nie – szepnął, jakby sam do siebie. – Jeszcze nie teraz. Za wcześnie.
- Co…? – Sara pochyliła się do tyłu, pozwalając mężczyźnie za nią opleść ją ramionami.
- Bal jest jutro, moja droga – odparł Książę cicho. – Będziesz wspaniała. Obiecuję ci, że będę tańczył tylko z tobą…
- Dlaczego? – spytała dziewczyna słabo. – Dlaczego ja?
- Bo twoje serce już dojrzało – szepnął von Krolock prosto w jej ucho – Bo jesteś wyjątkowa. Bo czekałem na ciebie, odkąd się urodziłaś. Bo pragniesz wieczności i kawałka nocy tylko dla siebie.
Książę odstąpił od niej parę kroków i wziął ją delikatnie za rękę. Sara podążyła za nim jak we śnie.
- Chodź – powiedział cicho mężczyzna – Wracajmy do twojej sypialni. Mam tam dla ciebie niespodziankę.
To była suknia.
Czerwona niczym krew rozlana na białej pościeli, ze lśniącego muślinu, pyszniła się na jej łóżku, jakby tylko czekała, aż Sara włoży ją na siebie. Nastolatka krzyknęła z zachwytu, a kiedy odwróciła się do Księcia, żeby wyrazić swoją wdzięczność, ogarnęła ją dziwna fala pożądania.
Zanim zdołała się powstrzymać, przycisnęła własne usta do zimnych warg wampira.
Von Krolock nie wydawał się być zaskoczony – natychmiast oplótł ją swoimi silnymi ramionami i okrył peleryną, jak gdyby chroniąc ją od świata na zewnątrz i kradnąc ją tylko dla siebie. Jego pocałunek, choć zimny, miał w sobie ogień, który niemal doprowadził Sarę do szaleństwa w tej krótkiej chwili. Te zimne usta smakowały krwią.
Kiedy zniknął, Sara długo patrzyła na czerwoną suknię.

* * *

Herbert bawił się znakomicie.
Kiedy jego ojciec wszedł do ciemnej komnaty, młody wampir pochylał się nad Alfredem i nucił pod nosem melodię, którą von Krolock znał aż nazbyt dobrze. Uśmiechnął się pod nosem. Młody asystent profesora wił się i stękał przez sen, co było niechybnym znakiem, że zdolności Herberta w manipulowaniu snów ani trochę nie zmalały.
- Herbercie – szepnął starszy wampir w mrok; jego syn spojrzał na niego z szerokim uśmiechem. – Niedługo świt.
- Już kończę – odparł Herbert cicho, dotykając spoconego czoła Alfreda.
Von Krolock przyjrzał się śpiącemu chłopcu uważniej.
- Bardzo interesujący młody człowiek – odezwał się po chwili.
- Jest wspaniały! – odparł Herbert z entuzjazmem, a Krolock oszczędnym ruchem pogłaskał jego głowę. – Ojcze, nie oddawaj go tej hałastrze z cmentarza.
- Nie mam serca odmówić ci takiego prezentu – westchnął Książę, uśmiechając się pod nosem. Białe włosy Herberta przesypywały się przez jego długie palce niczym wstążki. – Oczywiście, to od ciebie zależy, czy ugryziesz go przed balem. Inaczej trudno mi będzie powstrzymać naszych gości.
- Niech się wypchają – mruknął Herbert, prostując się. – Mogą sobie wziąć tego profesora. Stare pudło, on nie ma o niczym pojęcia. Nie przypuszczam, że dasz im tą dziewczynę?
- Dobrze wiesz, że nie. Sara jest… wyjątkowa.
- Wiem, wiem – westchnął młody wampir. – Ale będziesz się musiał przygotować na to, że łazienka będzie wiecznie zajęta.
- Jest to poświęcenie, na które jestem gotów. Chodź, powinniśmy już zejść do krypty.
- Jeszcze tylko jeden obraz… sen nie będzie kompletny – szepnął Herbert, ponownie zwracając swoją uwagę na śpiącego asystenta profesora Abronsiusa.
Von Krolock stanął w nogach łóżka, a jego oczy błysnęły w mroku. Patrzył w milczeniu, jak Herbert delikatnie gładzi czoło Alfreda palcem i mruczy pod nosem słowa hymnu na cześć nocy, drogiego każdemu wampirowi. Po chwili, książę sam wyrecytował pod nosem: Dies irae, Kyrie! Libera me, Domine. Była w tej inwokacji słodka ironia, w której von Krolock się rozkoszował. Ilekroć ją recytował czuł, jakby mógł prosić o cokolwiek Boga – to dawało pewnego rodzaju pocieszenie.
Tym czasem Herbert pochylił się nad Alfredem z błogim uśmiechem i złożył krótki pocałunek na ustach znękanego koszmarem chłopca.
- Na nasz zew chłoń nocy smak – szepnął Herbert – Tylko nocą zatracisz duszę. Przeklnij z nami słońca blask; pragnień twych nic już nie zagłuszy…
Von Krolock położył lekko dłoń na ramieniu swego syna.
- Chodź – odezwał się w ciszy nocy. – Zanim się obudzą i wbiją nam kołki w serca przez sen.
Kiedy spacerowym krokiem przemierzali korytarze zamku w kierunku krypty, książę von Krolock czuł, że Herbert niemal drży z ukrywanego podniecenia. To było… świeże. Herbert nigdy dotąd nie próbował niczego ukrywać. Zazwyczaj jeśli miał coś na myśli, po prostu to mówił. To nowe zachowanie wzbudziło w starym wampirze zainteresowanie.
- O czym był ten sen? – spytał cicho.
Przez chwilę wydawało się, że Herbert nic nie odpowie, ale znał swojego ojca aż nazbyt dobrze.
- O tobie – wyznał z cieniem uśmiechu. – O tobie, o nim i o tej dziewczynie. On ją kocha, ojcze.
- Tak – przytaknął von Krolock z uśmiechem. – Wiem.
Pierwsza miłość – jakie to było cudowne. Von Krolock czuł się niemal jak zbrodniarz, kiedy przed wejściem do zamku wdarł się do tego młodzieńczego, niewinnego umysłu i znalazł tam sanktuarium poświęcone Sarze. Nie było lepszego punktu zaczepienia, aby zacząć manipulować Alfredem, a jednak była to pewnego rodzaju zbrodnia. Pierwsza miłość miała w sobie coś świętego.
- Ojcze?
- Słucham.
- Nie ugryzłeś jej tej nocy.
- Nie. Poczekam do balu. Tylko w tej sposób odbyłoby się to… oficjalnie.
- Ale jesteś głodny.
- Jestem wiecznie głodny.
To była prawda. Herbert zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na swojego ojca z niesmakiem graniczącym z rozbawieniem, jakby miał przed sobą krnąbrnego nastolatka. Von Krolockowi ten kontrast wydał się nader komiczny.
Herbert bez słowa podwinął rękaw swojej koszuli i wyciągnął przed siebie obnażony nadgarstek.
- Nie, Herbercie – pokręcił głową czarnowłosy wampir z czułym uśmiechem. – Dziękuję, ale nie.
- Zachowujesz się, jakbyś pościł specjalnie dla tej wieśniaczki – odparł Herbert z wyrzutem.
- Nie będę ukrywał, że ma to w sobie coś z sakramentu – szepnął von Krolock, ponawiając swoją wędrówkę w dół. – Biedna dziewczyna nie ma pojęcia, co ją czeka.
Szli przez chwilę w milczeniu, każdy z nich pogrążony we własnych myślach. Przed drzwiami krypty powitał ich Kukol z pochodnią, który jak zwykle dbał o to, aby jego panowie znaleźli się w swoich trumnach na czas. Jednak zanim książę wdrapał się do swojego sarkofagu, Herbert chrząknął.
- Ojcze?
- Tak?
- Chyba się zakochałem.
Von Krolock uśmiechnął się w ciemności zmarłych.


skomentuj (6)




2007-05-29 06:30:21 >> Cisza o świcie

To opowiadanie powstało w pośpiechu. Być może to widać - poprawka. *Na pewno* to widać. To pierwsza jednoczęściówka, jaką napisałam od baaaaardzo dawna, a spieszyłam się, żeby zdążyć na urodziny Goldi. Cóż - zdążyłam według swoich standardów... Dla Ciebie, kochana. Wszystkiego najlepszego.
Czego się spodziewać po tym fiku? Angsta. I to powinno Wam wystarczyć ;) Miłej lektury!


Nastaje świt.
Być może to nie był dobry pomysł. Być może słońce powinno jednak zostać za chmurami. Być może nie powinno wyjść zza nich już nigdy. Być może powinno schować się po drugiej stronie Ziemi i tam zostać – tam, gdzie złote promienie padałyby tylko na puste pola i ciche wody oceanu. Na oceanie przynajmniej krew nie byłaby tak widoczna.
Ale świt, mimo wszystko, nastaje. I wtedy nikt nie może już odwracać wzroku.
To dziwne, jak cicho jest naokoło. Ktoś mógłby pomyśleć, że z nastaniem świtu wybuchną oklaski i okrzyki radości. Albo przynajmniej ktoś odetchnie z ulgą. Oczekiwano jakiegokolwiek dźwięku.
Nastaje świt, a wraz z nim nastaje cisza.
Być może dlatego, że dla większości gardeł naokoło głos przestał być alternatywą.
Harry Potter podnosi oczy do góry i mruży je w słońcu. Powoli przeciera oczy, masuje czoło, dotyka palcami czubka nosa. Mruga. Marszczy brwi. Ktoś zabrał mu okulary w tym nocnym zamieszaniu – trudno, znajdzie sobie nowe. Teraz nie na to pora. Nie chciał okularów. I bez nich widział o wiele za dużo.
Świt oślepia tak, że oczy Harry’ego zaczynają łzawić. Ale Potter nie odwraca wzroku. Bezpiecznie jest patrzeć na świt. Gdyby odwrócił wzrok, mógłby spojrzeć w szkliste, białe oczy Ginny, a tego by nie chciał. Patrzenie w oczy zmarłym nigdy nie jest dobrym pomysłem.
Ludzie naokoło – ci, którzy jeszcze są w stanie stać – ruszają się jak zjawy. Niektórzy szukają wśród zmarłych swoich krewnych lub przyjaciół, i wymowne sfery ciszy w niektórych miejscach wskazują, że ktoś właśnie kogoś znalazł. Nikt nie płacze. Nikt nie krzyczy. Nikt nawet nie szepcze. Być może wszyscy stracili głos, a może to świt wyssał wszelki dźwięk. Harry patrzy w niebo i mruga; po chwili wstaje i powolnym krokiem idzie przed siebie.
Nastaje świt.

* **

- Nastaje świt.
- Tak.
-Jesteśmy wolni.
-Tak.
-To koniec.
-Tak.
Cisza.
Czasami lepiej nic nie mówić, myśli Harry. Świt mówi aż nazbyt wiele. Po co jeszcze dodawać słowa? Słowa są niebezpieczne. Słowa mogą zranić. Słowa mogą wypaczyć to, co jest. Słowa są bronią, tak samo, jak miecz.
Jak miecz…
Hermiona obok wzdycha ciężko.
-Jak przyjemnie jest odetchnąć w słońcu.
-… Tak.

***

Nastaje kolejny świt.
Harry Potter o tym wie. Prawdopodobnie jako pierwszy. Nie musi się nawet budzić, żeby zobaczyć wschód słońca. Czasami dobrze jest nie spać całą noc.
Promienie słońca są ciepłe i jasne. Nie ma chmur, które mogłyby je zasłonić. I tak jest dobrze. W ostatnim czasie chmur było stanowczo za dużo.
Mówili, że ze świtem wszystko się skończy. Mówili, że kiedy nastanie nowy dzień, to ten stary rozsypie się w pył i pozostawi za sobą gruzy. Nikt nie wspominał o tym, że spod tych gruzów spłynie także strumień krwi. Może zabrakło im głosu po tym, jak krzyczeli.
Tak. Było dużo krzyków. Za dużo. A jednocześnie za mało. Harry pamięta tych, którzy nie mieli czasu, żeby krzyknąć. Nie mieli nawet czasu, żeby się odwrócić. Szczęściarze.
Ale teraz jest cisza. Niedługo będzie zgwałcona przemówieniami, paradami, wiwatami, mszami żałobnymi i płaczem, a także śmiechem i rozmową, ale póki co, cisza rozpływała się leniwie przez pola niczym rozlana melasa i połykała chciwie każdy dźwięk.
Harry ma przeczucie, że już nigdy nie wypowie słowa „chwała” bez spluwania z obrzydzeniem.
Jest sam. Póki co, jest sam. Niedługo przyjdą różni ważni ludzie, którzy będą chcieli z nim natychmiast porozmawiać o czymś straszliwie ważnym. Niedługo będą go potrzebowali w milionie miejsc na raz. Niedługo wywloką go stąd i poproszą o pomoc w liczeniu i identyfikacji ciał. Niedługo będą chcieli przeprowadzić z nim wywiady. Niedługo ktoś powie głośno: „Harry Potter zabił Voldemorta,” a wtedy wszystko spadnie jak lawina. Niedługo cisza będzie czymś, co przytrafia się innym.
Ale teraz – teraz cisza jest przyjacielem. I to ona obejmuje go o świcie, kiedy nie ma nikogo innego, kto wytarłby samotną łzę z jego policzka. Harry uśmiecha się do siebie, patrząc na czerwień nieba. Świt już zawsze będzie mu się kojarzył z ciszą spływającej krwi.

***

Są parady. Są wywiady. Jest liczenie ciał. Są listy do rodzin zamordowanych. I są nowe świty.
-Jak sobie radzisz? – pyta Ron, a Harry kiwa głową wiedząc, że to on powinien pytać. Puste oczy Ginny ciągle jeszcze wyglądają na niego zza chmur pamięci i uśmiechają się blado.
-Niedługo zaczną się procesy i egzekucje – mówi Ron. – Trzeba będzie wyłapać uciekinierów. To bagno się nie skończy, dopóki nie wyłapiemy wszystkich szczurów.
Harry kiwa głową. To racja. Jest jeszcze dużo pracy. Trzeba wszystkiego dopilnować. Trzeba się wszystkim zająć. Trzeba przestać myśleć.
-Jutro proces Lucjusza Malfoya. Będziesz?
Harry kiwa głową. Będzie.
-To na razie. Hej… Harry?
-Co?
-On też tam będzie.
-Tak. Wiem. – Harry wie.
-Trzymaj się.
Harry kiwa głową. Będzie się trzymał. Choćby nie wiem ile krwawych świtów przyjdzie mu oglądać w samotności, będzie się trzymał. Przynajmniej tyle może zrobić dla tych, których śmierć oglądał na własne oczy.
Było tych śmierci stanowczo za dużo. A niedługo będzie jeszcze więcej.
Cisza siada obok i uśmiecha się ze współczuciem.

***
Nastaje świt.
-Potter.
-Malfoy.
Cisza.
-Nic nie mogę zrobić dla twojego ojca.
-O nic cię nie proszę.
-Wiem.
Malfoy kiwa głową.
Siadają na ławce w parku, patrząc na niebo. Niebo odpowiada na ich spojrzenia tak, jak tylko niebo potrafi. Cisza przędzie swoje nici naokoło nich. Co jest dziwne, bo przecież w parku tyle ludzi. Coś się powinno dziać, i coś się dzieje. Ale to coś dzieje się na świecie, który nie jest ich.
Świt maluje niebo na czerwono.
-Nic nie mogłeś zrobić.
-Ty mogłeś, Malfoy. Ty mogłeś.
-Wiem. Ale ja nie jestem tobą.
-Dlaczego my tu jesteśmy?
Cisza. Malfoy zerka na Harry’ego kątem oka, a chwila wydaje się odrobinę za długa. Harry nie reaguje. Lepiej jest patrzeć w niebo. Niebo jest niebieskie, a niebieski to dobry kolor. Niebieski relaksuje. Niebieski łagodzi.
Malfoy wzdycha i rozpiera się wygodniej na ławce.
-Piękny ten świt.
-Tak.
-Ale czegoś w nim brakuje.
Harry kiwa głową. Wie dokładnie, czego brakuje.

***

Następny świt, a Harry uśmiecha się do ciszy w fotelu obok.
W jego ręce jest butelka. Do połowy pusta, co jest ważne. Dla Harry’ego nigdy już nie będzie do połowy pełna.
-Na zdrowie – mruczy Harry i wypija łyk.
Czerwony płyn pali go w język, a Harry myśli, że dobrze byłoby zostać wampirem. Pić krew bez obrzydzenia. Widzieć w niej piękno zamiast śmierci. Być może gdyby został wampirem, mógłby wypić swoją własną krew. Ciekawe, jak by smakowała? Jak to wino? A może jak ten świt?
Jak smakuje świt?
Harry chciałby wiedzieć. Podchodzi do okna, otwiera je i mruży oczy, jęcząc cicho. Wydaje mu się to niesprawiedliwe. Ludzie obiecywali świt z oczyszczeniem, a tymczasem on czuł się coraz bardziej brudny z każdym wschodem słońca. To nie było fair. Świt powinien być jaśniejszy. Powinien go oślepić. Ta cisza powinna go ogłuszyć. Powinien się spalić tak, jak to niebo.
Jak niebo może płonąć o świcie, a potem być całkowicie normalne w południe? To też było niesprawiedliwe.
Ktoś puka do drzwi. Harry ignoruje pukanie. Ktoś wchodzi mimo wszystko, a kroki na marmurze gwałcą ciszę raz za razem. Harry pociąga łyk z butelki i dalej patrzy za okno. Nie jest zaskoczony, kiedy czyjaś zimna ręka wysuwa mu butelkę z dłoni. Kiedy Malfoy staje obok niego i sam wypija łyk, Harry nie protestuje.
-Niebo się pali – mówi Harry szeptem.
-Tak. – Draco kiwa głową. – Na zdrowie.
-Na zdrowie, Malfoy.
Kiedy Harry wypija pocałunki zamiast alkoholu jest mu już wszystko jedno, bo usta Malfoya i tak smakują winem. Być może zawsze tak smakowały, a on po prostu nie wiedział. Cóż.
Cisza rozlewa się powoli razem z winem, które cieknie z rozbitej na podłodze butelki.

***

Nastaje świt.
A Harry Potter się uśmiecha.
Tym razem nie jest sam, ale jakoś mu to nie przeszkadza. Przyjemnie jest słuchać cudzego oddechu w pokoju. Przyjemnie jest czuć czyjeś ciepło, kiedy błądzi ręką po pościeli. Przyjemnie jest dotykać leżącego ciała, które nie jest martwe, i przyjemnie jest wiedzieć, że to ciało za chwilę się obudzi. Przyjemnie jest wiedzieć, że to ciało oddycha. Przyjemnie jest wyobrażać sobie uśmiech po przebudzeniu. Przyjemnie jest oglądać świt na cudzej skórze.
Harry podchodzi do okna i otwiera je na oścież. Wiatr wbiega natychmiast do pokoju i goni cienie po ścianach. Złoto rozlewa się w ciemności i rozpuszcza mrok w swoich promieniach. Niebo znowu się pali, ale tym razem Harry tylko uśmiecha się szerzej. W porządku. On sam też się pali.
Kiedy blade ręce wsuwają się i oplątują wokół niego, Harry zamyka oczy.
-Świta – szepcze Malfoy.
Harry kiwa głową. Wie.
I już teraz wie, jak smakuje świt.


skomentuj (5)




2006-10-12 02:20:32 >> "Harry Potter i spaczona teoria fizyki kwantowej", część trzecia- Skleroza nabyta

Czyżbyście się wreszcie doczekali kolejnego rozdziału czegoś...? TAK! Wreszcie Dracze przysiadła na swoich czterech literach i dopisała dalszy ciąg "Fizyki kwantowej"! W krótkim czasie możecie się spodziewać kontynuacji "Chłopca ze szkła" (powstaje, jak na moje standardy, w niemalże ekspresowym tempie), a także "Gwiazdki" i "ŻzHP", o ile dopisze mi humor. W planach mam jeszcze jedną niespodziankę, ale na razie nic nie mówię, żeby nie wzbudzać nadziei. Mam tylko nadzieję, że się nie zawiedziecie...

Malfoy poprowadził całą grupkę w odludny i spokojny kąt biblioteki; przez całą drogę ściągali na siebie ciekawskie spojrzenia niczym latarnie morskie. Harry usiadł w fotelu między Ronem i Hermioną, czując, że to jedyny normalny element na świecie, choć w dalszym ciągu nie mógł zrozumieć, dlaczego są tutaj przyjaciółmi, skoro on sam wylądował w Slytherinie i – o zgrozo – w łóżku Malfoya. Przyjął jednak odważnie politykę grania na czas wychodząc z założenia, że jak dotąd wszystko w życiu samo się jakoś wyjaśniało, więc dlaczego tym razem miałoby być inaczej.
Byle grać, byle przeżyć aż do chwili, kiedy Dumbledore i reszta wykombinują, jak przywrócić go z powrotem.
Problem w tym, jak Harry miał się wkrótce przekonać, że nie był jednak takim rewelacyjnym aktorem.
-Zacznijmy od tego- rozpoczął Malfoy, przysiadając na brzegu okrągłego stoły naprzeciw trójki przyjaciół i patrząc na Harry’ego- że jeśli mamy przez to przejść na spokojnie i bez szumu, powinieneś spróbować chociaż trochę poudawać. Inaczej ani uczniowie, ani Ministerstwo, ani lekarze, ani prasa, ani tym bardziej moi rodzice... nikt się od ciebie nie odczepi. Rozumiesz?
Harry kiwnął głową, nie widząc lepszego rozwiązania, dostrzegając za to logikę w tym rozumowaniu. Jednego był pewien: nie chciał ani jednego spotkania z ludźmi w stylu Rity Skeeter.
-Poznajesz nas, Harry?- spytała Hermiona troskliwie- Kim my dla ciebie jesteśmy?
-Wy?- Harry uśmiechnął się szeroko- Was poznałbym nawet, gdybyście usmarowali się cali w smole i wytarzali w pierzu.
-Uważasz, że jesteś w Gryffindorze, tak?- uśmiechnął się Ron- Fajnie by było, jak tak człowiek o tym pomyśli...
-Demonstrujesz klasyczny model samczego egoizmu, Weasley- mruknął Malfoy, a Ron zrobił do niego minę; jednak, jak Harry z szokiem zauważył, bardziej przypominało to zwykłe, dziecinne przekomarzanie się niż tą otwartą wrogość, którą demonstrowali w jego świecie.
-Ale w takim razie dlaczego nie pamiętasz Dracona?- zastanowiła się Hermiona.
-Och, ależ ja go pamiętam- mruknął Harry ponuro, zanim zdążył pomyśleć- Jakże mógłbym zapomnieć takiego...
W tej samej chwili jednak na powierzchnię jego myśli wynurzyły się słowa Dumbeldore’a, zapalając nagłą czerwoną lampkę: „Powiemy wszystkim, że nastąpił częściowy zanik pamięci”. Zanik pamięci! Psiamać! Powinien udawać, że nic nie kojarzy, że nikogo nie zna, inaczej faktycznie będzie to paskudnie trudno wytłumaczyć... Jak się z tego wyplątać?
Harry uznał, że musi działać szybko. Skoczył na równe nogi, wytrzeszczył oczy w wyrazie który – jak miał nadzieję – wyrażał bezbrzeżny szok i dezorientację, po czym zrobił parę kroków w tył. Po chwili namysłu wyrzucił ręce w górę i zamachał, aby dodać scenie dramatyzmu.
-O nie!- zawył- Kim wy jesteście? Kim ja jestem? O nie, nic nie pamiętam! Gdzie ja jestem? Co się stało?! Nieeee...!!!
Nastała chwila krępującej ciszy. Harry powoli podniósł głowę, aby ocenić rezultat swojego popisu, i stwierdził z rozpaczą, że ten daleki był od zamierzonego: cała trójka uczniów obdarzyła go przeciągłym, wymownym spojrzeniem które sugerowało wyraźnie, że mają oto do czynienia z kimś, kogo funkcje umysłowe uległy poważnemu zaniedbaniu.
Malfoy odchrząknął.
-Tak, to wiele tłumaczy- mruknął sceptycznym tonem- Czy teraz kojarzysz cokolwiek?
-Noo...- Harry się zawahał- To i owo... Ale niedużo. Was, na przykład, wcale. Nie znam was. Nie wiem, kim jesteście. I nie wiem, że byliście moimi przyjaciółmi. Tak. Właśnie. Nie... niech to szlag!
-Ja tu się zaczynam gubić- Ron potarł podbródek- To pamiętasz nas, czy nie?
-Niespecjalnie. Znaczy, mam przebłyski- Harry uchwycił się nagłego pomysłu jak deski ratunkowej- Tak, jakieś niewyraźne przebłyski. Coś tam pamiętam... Ale żadnych szczegółów- zastrzegł szybko.
-Dla mnie to wygląda jak jakaś wielka farsa- oznajmił Malfoy, krzyżując ręce na piersi.
Hermiona w namyśle ściągnęła brwi.
-To, o czym mówi Harry, jest możliwe- powiedziała po chwili- Ale takie urazy magiczne nigdy nie są długotrwałe. Musimy mieć cierpliwość i postarać się, a Harry szybko do nas wróci.
Zwróciła się do Pottera i uśmiechnęła niczym potulna, dobrotliwa przedszkolanka.
-Nazywasz się Harry Potter- powiedziała powoli, jakby miała do czynienia z dzieckiem wymagającym specjalnej troski- Ja jestem Hermiona Granger, a to jest Ron Weasley. Oboje jesteśmy twoimi przyjaciółmi. Ten chłopak tutaj to Draco Malfoy i... powiedzmy, że jesteście sobie bardzo bliscy.
Blondyn teatralnie wywrócił oczami i dmuchnął w grzywkę, która opadła mu na oczy, a Ron zrobił minę za plecami Hermiony. Cała ta scena była tak komiczna, że Harry musiał udać nagły atak kaszlu, żeby ukryć wybuch śmiechu.
-Postawmy sprawę jasno- westchnął Malfoy, po czym wstał i zrobił parę kroków w kierunku Harry’ego, który instynktownie parę kroków się oddalił.- Skoro masz udawać, musisz wiedzieć o paru sprawach. Po pierwsze, jestem oficjalnie twoim chłopakiem. Wszyscy o tym wiedzą. Prasa, nauczyciele, moi rodzice, nawet twoje wujostwo - wszyscy. Od niedawna, co prawda, ale o tym może opowiem później. Po drugie, jesteś w Slytherinie, czy ci się to podoba, czy nie. Po trzecie, jesteś w szkole magii, która nazywa się Hogwart, dopiero co pokonałeś najgorszego wariata naszych czasów i jesteś bohaterem słynnym na cały czarodziejski świat. Nadążasz?
-Nie tak szybko, Draco- Hermiona skoczyła do przodu- Nie wszystko na raz. To niczemu nie pomoże.
-Ach, więc teraz nagle jesteś ekspertem od zaników pamięci, co, Granger?- syknął Malfoy, odwracając się od niej.
-Tylko bez cynizmu, proszę. Ja tylko staram się pomóc.
-Tak, oczywiście. Gryfoni tylko starają się pomóc. Wszystko można usprawiedliwić tym, że chciało się pomóc- w głosie Malfoya zabrzmiała gorycz- Wiecie co? Wy sobie z nim pogadajcie, a ja po prostu pójdę. Co? Będziecie mieli spokój.
-Draco, przestań tak histeryzować- obruszyła się Hermiona, ale Malfoy już obrócił się na pięcie i zniknął między półkami.
Ron skoczył na nogi, mrucząc pod nosem „Szlag”. Posłał Hermionie i Harry’emu przepraszające spojrzenie.
-Pieprzona primadonna- mruknął- Pogadam z nim. Spotkamy się potem w Wielkiej Sali?
-Tak, Ron, do zobaczenia.
Weasley podążył za Malfoyem. Hermiona tymczasem odwróciła się do Harry’ego, który w tej chwili znajdował się w stanie wybitnej dezorientacji, i siłą zmusiła go do spojrzenia na siebie.
-No dobrze- westchnęła- Zacznijmy może od początku...

* * *

Jak Harry przekonał się po – jak mu się zdawało – paru godzinach, niezwykle trudno jest zdefiniować początek.
Po mętnych i przeraźliwie długich opowiadaniach Hermiony doszedł do wniosku, że przyjaciółka nie została obdarzona szczególnymi zdolnościami oratorskimi, okazała się jednak pożytecznym i cierpliwym źródłem informacji na temat tego świata. Potraktowała Harry’ego jak małe dziecko, które o niczym nie ma pojęcia, i to podejście okazało się najbardziej skuteczne.
Harry uznał, że było to trochę upokarzające.
Udało mu się dojść do następujących wniosków: kiedy w pamiętny wieczór ceremonii przydziału trafił do Slytherinu, Draco Malfoy nie do końca wybaczył mu ich wcześniejsze starcie w pociągu. Dlatego właśnie Harry – tutejszy Harry, wciąż trudno mu było to pojąć – wciąż trzymał się z Ronem i z resztą Gryfonów, którzy mimo wszystko uznali go za swego. Ze Ślizgonami nawet nie próbował się dogadywać, wszyscy uważali bowiem Malfoya za swoiste guru, a rodzice większości z nich stali po stronie Voldemorta podczas wojny. Sytuacja zmieniła się nieco dopiero pod koniec pierwszej klasy, kiedy to Harry wraz z Ronem i Hermioną powstrzymali Quirrela od zdobycia Kamienia Filozoficznego; tym samym Harry zapewnił swojemu domowi, chcąc nie chcąc, Puchar Domów. Na stacji King’s Cross, kiedy wysiadali z pociągu, Malfoy zawołał go na stronę i – jak opowiadała Hermiona – dość niezręcznie i oficjalnie życzył mu przyjemnego lata. Wyciągnął rękę na pożegnanie i tym razem Harry ją uścisnął; to wywołało na twarzy Malfoya niewyraźny uśmiech.
Hermiona zaczerpnęła oddechu i zmieniła pozycję na krześle na nieco wygodniejszą, a tymczasem Harry spróbował przyswoić sobie jakoś te informacje i zastanowił się, jak poważne zmiany mogły nastąpić w kolejnych latach nauki, skoro w tym świecie był w Slytherinie. Z pewnością niektóre rzeczy nie mogły się wydarzyć… Odkrył, że zaczyna go to coraz bardziej interesować.
Może, mimo wszystko, ta sytuacja nie była jeszcze taka najgorsza?
Kątem oka dostrzegł, że Hermiona chrząka, jak zawsze robiła, kiedy przymierzała się do wygłoszenia dłuższego monologu. Harry zadrżał mimowolnie; czyżby przyjaciółka zamierzała go uraczyć naukowym opowiadaniem, w szczegółach opisując wszystkie lata w Hogwarcie po kolei? Harry czuł, że psychicznie i fizycznie nie jest jeszcze gotowy na podobne przeżycia. Jednak niewiele mógł zrobić; dziewczyna już patrzyła na niego uważnie i otwierała usta.
-Na drugim roku, kiedy…- zaczęła, ale nagłe poruszenie w drzwiach kazało jej przerwać.
Obydwoje zwrócili twarze w stronę wejścia do biblioteki; Harry z nadzieją, Hermiona z mordem w oczach.
I wtedy, na widok mężczyzny, który właśnie stanął w drzwiach, serce Harry’ego gwałtownie stanęło… tylko po to, by po chwili zacząć bić w zabójczym tempie, odgłosem przypominając dźwięk wagonika sunącego na najwyższych obrotach po torach kolejki górskiej.
Długie, czarne włosy opadały mu na twarz i wyślizgiwały się z niechlujnego końskiego ogona, a ciemne oczy lśniły wesołym blaskiem. Jego skóra straciła tą niezdrową barwę wyschniętego wosku, a nabrała koloru, nawet lekkiej opalenizny. Sylwetką przestał przypominać wypchanego słomą stracha na wróble; pojawiły się mięśnie, a tam, gdzie wcześniej były cienie pod oczami, teraz była tylko gładka skóra. Lecz nie było wątpliwości – oto stał przed Harrym, wysoki, zdrowy i szeroko uśmiechnięty, chociaż z troską w oczach, która przygasiła nieco ich zwykły blask. I żył. Jak najbardziej żył; oddychał, ruszał się, patrzył przed siebie i był solidny, z krwi i kości, ani trochę nie przezroczysty.
Harry poczuł, jak jego oczy mimowolnie wilgotnieją.
-Syriusz!!!- wrzasnął i skoczył do przodu, zanim w jego głowie do głosu doszedł rozsądek.
Rzucił się przez salę ku mężczyźnie w drzwiach, niepomny na żadne przeszkody. Nie zniechęcił się ani trochę, kiedy w swym ferworze potknął się o stołek i upadł razem z rzeczonym przedmiotem na podłogę; natychmiast wstał i wznowił swój bieg, a po chwili odbił się od ziemi i skoczył ze szczerym zamiarem przygniecenia swojego ojca chrzestnego do podłogi.
Jednak źle wymierzył; zamiast w otwarte ramiona osłupiałego Syriusza Blacka, wylądował na twardej podłodze parę milimetrów od butów obiektu docelowego.
-No, Harry, muszę przyznać, że tu mnie masz- stwierdził Black, pochylając się i pomagając chłopcu wstać- Miło widzieć, że tak się cieszysz na mój widok, chociaż nie widzieliśmy się zaledwie parę godzin… co twój chłopak miałby do powiedzenia na podobny wybuch?
Roześmiał się krótko, a Harry poczuł nagle, że gdyby zechciał, mógłby w tej krótkiej chwili unieść się w powietrze i zatańczyć cha-chę do góry nogami na suficie.
Syriusz tu był, żywy, żywy, żywy…!
-Syriusz!- wykrzyknął po raz kolejny przez oczy pełne łez i wtulił się w zaskoczonego mężczyznę, który po chwili położył mu dość niezręcznie ręce na ramionach.
-No tak- powiedział niepewnie. – Tak. A więc… pamiętasz mnie. To… świetnie.
-Harry ma… przebłyski- wyjaśniła Hermiona, przewracając oczami; chłodu w tym głosie pozazdrościłby jej każdy model reklamy odświeżającej gumy do żucia.- Właśnie próbowałam mu wyjaśnić…
-Co za dużo, to niezdrowo- oświadczył Harry, wciąż wtulony w koszulę swojego ojca chrzestnego, co sprawiło, że jego głos był dość mocno przytłumiony.
-Chciałam tylko pomóc…
-Wiem, wiem!- Harry odkrył nagle, że ta rozmowa nie zmierza w dobrym kierunku, a chociaż jego radar do wykrywania nastrojów płci niewieściej nie był specjalnie sprawny, to teraz wszczął syreny alarmowe. – Pomogłaś bardzo, naprawdę! Tylko, że… jestem trochę zmęczony.
To nie było kłamstwo. Nikt, kto przeżył tyle, co on jednego dnia, nie mógłby być nie zmęczony. Ten dzień był… dziwny, nawet według standardów Harry’ego Pottera – chłopaka, który co lato trafiał na pierwsze strony gazet za coraz to nowe, cudowne ocalenia. Ale przecież był tu Syriusz; stał tuż przy nim, uśmiechając się niepewnie, namacalny, materialny, żywy.
Czyżby jedna, krótka decyzja podjęta w ułamku sekundy tyle lat wcześniej naprawdę mogła mieć aż taki wpływ na przyszłość, że wręcz kosztowała kogoś życie…?
-Ach, jest mój kuzynek- oświadczył Syriusz radośnie, a Harry poczuł nagle, jak odzywa się w nim pradawny instynkt wszystkich ssaków, narażonych na obecność drapieżnika: uciekać.
Jednak nie zdążył odbiec daleko; kiedy obrócił się na pięcie, stanął twarzą w twarz z Hermioną, której mina nie świadczyła bynajmniej o zadowoleniu.
No świetnie. Z jednej strony wściekła Hermiona, z drugiej… Malfoy. Świetnie. Jedyne, czego zabrakło Harry’emu, żeby nazwać ten dzień Kolejnym Najgorszym w Jego Życiu, to deszcz brokuł.
Harry spojrzał ponuro w górę, ale sufit biblioteki pozostał pocieszająco suchy. Żadnych brokuł. Cóż, może wobec tego ten Ktoś na górze jednak miał trochę litości…
-Nie nazywaj mnie tak, Black, przez ciebie mam dreszcze- rozległ się za jego plecami głos Malfoya.
Blondyn stanął obok Syriusza z rękami skrzyżowanymi na piersi i z miną człowieka, którego tylko sekundy dzielą od demonstracyjnego zakrywania nosa aksamitną chusteczką. Harry nie był pewny, co było tego powodem; czy stanie w pobliżu byłego więźnia Azkabanu, czy patrzenie na Harry’ego. Gryfon miał skrytą nadzieję, że chodziło o to drugie.
-Czyżby pokrewieństwo sprawiało ci jakieś niewygody?- Black uśmiechnął się przewrotnie, po czym dokonał, z praktycznego punktu widzenia, samobójstwa; wyciągnął rękę i poczochrał nieco fryzurę Malfoya.
Harry zamknął oczy, nie chcąc być świadkiem nadchodzącej masakry. Włosy Malfoya były nietykalne; wiedzieli o tym wszyscy, którzy mieli wystarczająco dużo zdrowego rozsądku i woli przeżycia, żeby uciekać, kiedy Neville dodawał czegoś szczególnie podejrzanego do kociołka na eliksirach. Czyli, mniej więcej, cała szkoła. Nawet ci toporni uczyli się pewnych faktów po paru latach spędzonych w Hogwarcie. Jednym z nich było: nie dotykać włosów Malfoya.
Harry słyszał kiedyś legendę o tym, jakoby któryś z pierwszoroczniaków o imieniu Bleedwell wyraził opinię, że rzeczone włosy są farbowane. Harry spytał: „Jaki Bleedwell?”, a jego rozmówca odparł wtedy, tonem pełnym grozy: „No właśnie”. Prawdopodobnie chłopak okazał się godny swojego imienia… a przynajmniej takie krążyły plotki.
Jednak czas mijał, a do uszu Gryfona nie doszły żadne przeraźliwe odgłosy rzezi; zamiast tego Harry usłyszał poirytowany jęk, lekki śmiech i odgłos, jakby ktoś jedną ręką uderzał o drugą.
Zaryzykował spojrzenie; Malfoy poprawiał fryzurę z wyrazem najwyższej irytacji na twarzy, niczym przedszkolanka, która po raz trzeci w tym tygodniu znalazła ślady kleju na swoim fotelu. Syriusz był żywy i absolutnie nie krwawił. Harry poczuł, że jego świat wywraca się po raz kolejny.
Ron zjawił się przy nim i klepnął go po plecach z szerokim i szczerym uśmiechem na twarzy, co oznaczało jedynie, że usilnie starał się czegoś mu nie powiedzieć.
-W porządku, stary- szepnął Harry’emu, który z dziwnych powodów miał trudności z uwierzeniem w to wyznanie- Przygadałem primadonnie. Powiedział, że cię nie zabije. Znaczy… na razie.
-Acha- Harry spojrzał niepewnie na Malfoya.- Hm… To miło.
-Nie mogłem odpędzić się od tych cholernych małolat- warknął Malfoy- Cały czas upewniają się, czy aby na pewno nic nie pamiętasz. Powiedziałem im, że owszem, wszystko w porządku i ani mi się waż mówić inaczej. Te gówniary z twojego fanklubu tylko czekają na okazję, żeby wskoczyć ci do łóżka.
-Czekają?- spytał oszołomiony Harry.
-Tak. Ha! Niech tylko spróbują. Skończą jak tamta pieprzona Holmes.
-Jaka Holmes?
Oczy Malfoya zwęziły się niebezpiecznie, kiedy odparł:
-No właśnie.
-Helen Holmes, z Ravenclawu- westchnęła Hermiona- Próbowała się z tobą umówić, Harry. Po meczu. Nic jej nie jest.
-Och- odparł Harry z ogromnym uczuciem ulgi.- To dobrze.
-Przedwczoraj wyszła ze szpitala.
-… Och.
Gryfon był świadom szarych oczu uważnie wbijających się w jego twarz.
-Nie myśl sobie, że jestem zazdrosny- wycedził Malfoy demonstrując tym samym, jak bardzo człowiek potrafi przeczyć samemu sobie.- Nie. Po prostu nie chcę, żebyś czegoś żałował. W szkole jest wystarczająco dużo osób, które chętnie usłyszałyby, że jestem wolny. Żebyś wiedział.
Harry wytrzeszczył oczy. Czyżby Malfoy starał się wzbudzić w nim zazdrość? To… to…
Tak. Nie mogło chodzić o nic innego. Harry był wystarczająco pouczony w zakresie niektórych zachowań seksualnych, by rozpoznać pewne bardzo charakterystyczne symptomy. Problem w tym, że owe symptomy zwykle pojawiały się w odniesieniu do zazdrosnych dziewczyn.
Cóż, Malfoy z całą pewnością potrafił być zazdrosny, jednak Harry miał poważne wątpliwości co do tego, czy kwalifikował się jako dziewczyna.
Raczej nie.
Prawdopodobnie.
A mimo to próbował wzbudzić zazdrość w Harrym
Stanowczo coś tu było nie tak.
-Co, nie wierzysz?- lodowaty głos Malfoya przywołał Harry’ego z powrotem pod dach szkolnej biblioteki.
-Nie, ja tylko…
-Oh, Draco, naprawdę- żachnęła się Hermiona- Dałbyś mu chwilę oddechu.
Malfoy posłał jej wściekłe spojrzenie, po czym wyminął Harry’ego, stanął przy niej i pochylił się. Zaczął szeptać jej coś do ucha, a Harry, który tym razem starał się nie wytrzeszczać oczu w obawie, że wyskoczyłyby z orbit, uznał, że ten obrazek wybitnie mu nie pasuje – choć z jakich powodów, nie potrafił sprecyzować.
Hermiona zmarszczyła czoło i posłała Harry’emu uważne spojrzenie, a Malfoy wykonał parę gestów, które jeszcze bardziej wyprowadziły Gryfona z równowagi. Dlatego tym bardziej był wdzięczny, kiedy poczuł rękę Syriusza spoczywającą pocieszającym ciężarem na jego ramieniu.
-Nie martw się, Harry- powiedział mężczyzna- Załatwimy tę sprawę w mgnieniu oka i wszystko wróci do normy. Draco… ma swoje własne sposoby na pokazywanie, jak bardzo się martwi. Malfoyowie mają to do siebie, zresztą podobnie jak Blackowie. Jeśli coś ich martwi, wkurzają się i wrzeszczą na ludzi. W ten sposób najłatwiej jest załatwiać sprawy.
-Słyszałem to- warknął Draco, odwracając się do nich- Chcesz go obrócić przeciwko mnie? Poza tym, ja nie wrzeszczę.
-O nie- uśmiechnął się Syriusz- Ty wkurzasz się na sposób chłodny. A to o wiele gorsze.
-No właśnie- na ustach Malfoya pojawił się uśmiech niemal identyczny- Cieszę się, że się rozumiemy. Aha, i ja się absolutnie nie martwię. Nie mam powodów. To obecny tutaj Potter ma powody.
Syriusz uśmiechnął się tylko domyślnie, a Draco spojrzał na Harry’ego, co sprawiło, że Gryfon zapragnął nagle stać się kretem.
-Nie po to tu przyszedłem- westchnął Ślizgon, po czym władczym gestem wskazał przerażonego Harry’ego.
-Ty- oświadczył- Na zewnątrz. Spacer. Już.
-Zaraz, zaraz…- zaczął Harry, ale nie dane mu było wyrazić oburzenia na odzywanie się do niego jak do psa; Malfoy bezceremonialnie chwycił go pod łokieć, wsunął rękę pod jego ramię – kto by pomyślał, że ten wątły chłopak mógł mieć w sobie taką siłę – i wyprowadził go na korytarz.
Kiedy tylko znaleźli się poza biblioteką, w zasięgu wzroku przechodzących obok uczniów, Malfoy poluzował swój uścisk i zaczął iść bardzo blisko Harry’ego, niczym panna młoda wychodząca z kościoła pod rękę ze świeżo nabytym małżonkiem. Młodzi przedstawiciele szkolnej społeczności rzucali im ukradkiem zaciekawione spojrzenia i po chwili za ich plecami wywiązały się przytłumione bitwy na Najbardziej Konspiracyjny Szept, ale w stosunku do zachowania Malfoya Harry uznał je za normalny element tła akustycznego Hogwartu.
-Po prostu idź przed siebie- poinstruował go półgębkiem Malfoy, ściskając go krótko pod rękę.- Nie zwracaj uwagi na te bachory.
-Nie rozumiem, czemu nie moglibyśmy powiedzieć im prawdy- odparł również szeptem Harry.
-Wystarczy, że ja rozumiem. Ty nigdy nie miałeś specjalnego mózgu do rozumienia.
-Mógłbyś mi przypomnieć, jak to się stało, że zostaliśmy parą?- mruknął posępnie Harry, myśląc: Slytherin czy nie, Malfoy jest takim samym idiotą, jakim był. Pewnych rzeczy nawet spodnie czasu nie były w stanie zmienić.- Musiałem być wtedy nieźle pijany.
-Och, nagle na powrót czujemy się wygadani, co?
-Nie. Po prostu zaskoczeni własnym stanem umysłu. I mógłbyś mnie tak nie ściskać? Odcinasz mi dopływ krwi do rąk, dziękuję bardzo.
Malfoy rzucił mu uważne spojrzenie.
-Tak się składa, że wiem, jak działa amnezja- powiedział cicho, kiedy sterował Harry’ego w kierunku błoni.- Nie chodzi o to, że zapominasz, kim jesteś. To tylko stereotyp, którego używają ci zidiocieli mugole z… jak to oni nazywają… ach, tak. Z przemysłu filmowego. Nie. Chodzi o to, że człowiek traci te wspomnienia, które były stosunkowo świeże, ale pamięta, kim jest, pamięta większość ludzi naokoło niego, przynajmniej część zdarzeń z życia. Jak to z tobą jest, Harry?
-Nie wiesz, co się mogło tak naprawdę stać- odparł pospiesznie Harry, włączając wszystkie aktywne komórki mózgu, by nie wpaść w pułapkę.
Kto by pomyślał, że ze wszystkich ludzi obecnych w zamku to właśnie Malfoy miał pojęcie o psychologii?
-Nie, nie wiem- przyznał Malfoy po chwili.- Ale mogę się domyślać.
-Co masz na myśli? Nawet nauczyciele nie potrafili sprecyzować, co mogło się stać, że tak mi się… pomieszało.
-Nauczyciele… -westchnął Malfoy- Ich tam nie było.
Tym razem to Harry spojrzał badawczo na chłopca przy swoim boku.
-Tam?
Malfoy westchnął ponownie w odpowiedzi, ale nie powiedział nic poza krótkim:
-Usiądźmy nad jeziorem.
Przez chwilę Harry zastanawiał się, czy nie zacząć protestować; w końcu tutejszy Malfoy zachowywał się jeszcze dziwniej, niż Malfoy w domu. Kto wie, co mógł mieć na myśli, mówiąc o jeziorze. Harry miał, co prawda, dosyć ograniczone spectrum doświadczeń, jeśli chodziło o podobne zachowania, ale wiedział, że siedzenie nad jeziorem w przypadku pary oznaczało pewne bardzo specyficzne czynności. A chociaż on sam miał dość sprecyzowane poglądy na ten temat, to Malfoy najwyraźniej wciąż za takową parę ich uważał. Harry nie miał najmniejszej ochoty na kolejną próbkę specyficznych czynności. A już stanowczo nie nad jeziorem. To miejsce było stanowczo było zbyt dogodne, żeby całkiem przypadkowo i niezauważenie kogoś utopić.
Jednak była to sprawa z góry przegrana; jeśli Malfoy czegoś chciał, Malfoy to dostawał, tym lub innym sposobem. Prawdopodobnie była to wina genetyki.
Kiedy usiedli na brzegu Harry uważnie pilnował, żeby nie dopuścić Malfoya za blisko; ten spojrzał na niego z irytacją, ale nie skomentował tego żadnym słowem. Harry poczuł się wdzięczny.
-Nie myśl sobie, że odpowiada mi ta sytuacja- powiedział po chwili ciszy, nie mogąc znieść tego oskarżycielskiego spojrzenia, zwłaszcza, że nie wiedział, o co właściwie jest oskarżany- Czuję się tak samo skołowany, jak ty.
Malfoy, zamiast odpowiedzieć, owinął sobie szalik wokół szyi i spojrzał przed siebie, na jezioro.
-A jednak pamiętałeś Blacka- odparł po chwili- To musi być coś innego niż tylko amnezja. Zachowywałeś się tak, jakbyś… nie wiem… wrócił z innego świata.
-Tak?- spytał Harry powoli, modląc się, żeby to zabrzmiało sceptycznie; nie był przyzwyczajony do wielu rzeczy w tym świecie, a z pewnością nie do myślącego Malfoya.
Spodnie czasu, pomyślał z goryczą. Świetnie. Mugolskich fizyków powinno się powiesić za ich własne nogawki, żeby zobaczyli, jak to jest. A potem posłać całą tą ich teorię do porządnego krawca. Żeby zszyć te przeklęte nogawki w jedną całość.
-Powiedziałeś wcześniej, że mnie pamiętasz- powiedział Malfoy, zerkając na niego kątem oka- Jak dokładnie?
-Ja… hm… ty… byłeś, tak jakby… trochę inny.
-„Trochę inny”.
-Tak. Nawet bardziej niż trochę. Bardzo inny. Tak.
-To znaczy?
Harry się zawahał. Słowa „piekielnie wkurzający, niedojrzały, rozpuszczony bachor” z dziwnych powodów nie wydawały się na miejscu.
-Po prostu inny- westchnął wreszcie, po czym, po chwili gorączkowego namysłu, dodał:
-Nie całowałeś mnie, to wiem na pewno.
-Jakoś nigdy wcześniej nie sprawiało ci to problemów- mruknął gorzko Malfoy- Nawet wtedy, kiedy pocałowałem cię na środku stadionu quidditcha po meczu. Sam przejąłeś inicjatywę.
Harry spróbował zamknąć się na obrazy, które podsunęła mu wyobraźnia, i zamiast tego skupił się na tym, co wydawało się względnie bezpieczne.
-Quidditch?- zaczął niepewnie.- Ja… pamiętam quidditch. Hm… mógłbyś powiedzieć, jak to tu wygląda? Czy ja… gram?
-Wiesz, to naprawdę dziwne, tak z tobą rozmawiać, jakbyś był jakimś cofniętym przedszkolakiem- oświadczył Malfoy, opierając się na łokciach- Oczywiście, że grasz. Jesteś kapitanem drużyny.
-Och. To… dobrze.
-Najlepszy ścigający, jakiego mieliśmy od długiego czasu.
-Ścigający- powtórzył Harry głucho.
-Tak. Jesteś zaskoczony?
-Nie! Nie, skąd. Ścigający. Jasne. Świetnie. Hm… kto jest szukającym Gryffindoru?
-Weasleyówna- odparł Malfoy znudzonym głosem- Niezła, ale nie dość dobra. Czemu pytasz?
-Tak tylko, z ciekawości- zapewnił Harry pospiesznie.
No tak… skoro tutaj był w Slytherinie, to nawet, jeśli incydent z przypominajką miał miejsce – co nagle, z dziwnych powodów, wydało się wątpliwe; Hermiona z pewnością o tym nie wspominała – to, logicznie rzecz biorąc, niemożliwe było, żeby został szukającym Gryffindoru, jakkolwiek ta myśl była przerażająca. Czyli… Malfoy był szukającym. Co do tego nie było wątpliwości. Pomijając dobroczynny gest Lucjusza Malfoya, chłopak miał talent, co Harry z żalem przyznawał. Był… dobry. Zwinny. Drobny. Bezwzględny w grze, co na tej pozycji nie było bez znaczenia. To wszystko wydawało się logiczne…
… a jednak Harry nie mógł odpędzić od siebie nieprzyjemnego uczucia, że został w jakiś sposób oszukany.
Draco patrzył na niego nieruchomo, a Harry nagle poważnie zaczął się zastanawiać, co takiego sprawiło, że on i Malfoy… Że on i Malfoy… Na bogów, tego nie dało się nawet pomyśleć bez spazmów obrzydzenia! Wobec tego… jakim cudem? Nawet, jeśli tutaj nie byli wrogami, to jednak…
Trudno to było sobie nawet wyobrazić.
Harry wolał nawet nie próbować, a mimo to, niczym człowiek, który co i rusz musi grzebać w świeżo nabytym zadrapaniu, spytał:
-Jak my właściwie… Ty i ja, znaczy się… jak…
-Chcesz wiedzieć, w jaki sposób się zeszliśmy?- mina Malfoya na pozór się nie zmieniła; tylko delikatny błysk w kącikach oczu zdradził Harry’emu, że Ślizgonowi absolutnie nie przypadło do gustu to pytanie.
-No… tak- przyznał w końcu brunet, nagle pełen wątpliwości co do tego, czy naprawdę chciał wiedzieć.
Malfoy otoczył kolana ramionami. Westchnął w sposób, który Harry uznał za dosyć obraźliwy i wbił oczy w jezioro. Harry’ego naszło nieprzyjemne przeczucie, że blondyn zastanawia się właśnie, czy lepiej poderżnąć mu gardło czy go po prostu utopić.
-Dobre pytanie- powiedział w końcu Malfoy- To po prostu… się stało. Od początku nie mogliśmy zostawić siebie w spokoju, a na czwartym roku… Kojarzysz coś, co się nazywa Turniej Trójmagiczny?
-Tak?- odpowiedział ostrożnie Harry.
-A Bal Bożonarodzeniowy?
-Tak?
-Jak dużo?
-Tyle, że był. Nie za dużo. Prawie nic- zapewnił pospiesznie Gryfon, zastanawiając się ponuro, czy nie lepiej by było po prostu powiedzieć wszystkim prawdę.
-W takim razie powiem ci, że poszedłeś na ten bal z jedną z bliźniaczek Patil. Kiedy powiedziałem ci, żebyś sobie wziął kogoś ze Slytherinu odparłeś, żebym sobie kogoś ze Slytherinu wsadził tam, gdzie słońce nie dochodzi…- na ustach Malfoya zabłąkał się niewyraźny uśmiech, a Harry całą siłą woli zwalczył niebezpieczne skojarzenia, w które natychmiast zaopatrzyła go usłużna wyobraźnia.
Z pewnością nie życzył sobie takich skojarzeń.
Tymczasem Malfoy, nieświadomy rozterek swojego towarzysza, kontynuował:
-Jako jeden z reprezentantów, musiałeś zatańczyć przed szkołą. Wyszło ci beznadziejnie. Oczywiście, nie dałem ci spokoju przez następny tydzień… ale pewnego dnia w Pokoju Wspólnym włączyłeś muzykę, podszedłeś do mojego fotela, ukłoniłeś się tak, jakbyś szykował się na wojnę… i poprosiłeś mnie do tańca.
-Ja CO?!
-Poprosiłeś mnie do tańca- Malfoy uśmiechnął się pod nosem do wspomnień.- Oczywiście, cały salon natychmiast się zamknął i wszyscy patrzyli tylko na nas. A ty tak stałeś, ciskając z oczu sztylety, jakbyś postanowił pójść i zabić Ministra Magii. Dałem ci rękę, myśląc, że to wszystko to tylko jeden wielki żart i że po chwili obydwoje będziemy imitować twoje wyczyny podczas balu. Ale ty… naprawdę zacząłeś tańczyć. Próbowałem prowadzić, ale usadziłeś mnie w miejscu. Zaraz, co to… ach, tak. Powiedziałeś mi: „Nie udawaj, że jesteś męski i zachowuj się jak na grzeczną dziewczynkę przystało”. Wszyscy się roześmieli, ja też… a ty zacząłeś prowadzić. I wiesz co? Wychodziło ci to naprawdę nieźle! To nie były jakieś specjalnie trudne kroki, nic nadzwyczajnego… ale trzymałeś rytm, byłeś pewny siebie i ruszałeś się… płynnie. Ludzie przestali się śmiać, a my dalej tańczyliśmy. I wtedy… tak, to chyba wtedy się to wszystko zaczęło. Albo inaczej: wtedy obydwoje zdaliśmy sobie sprawę, że coś się naprawdę działo.
Malfoy urwał i zapatrzył się we własne ręce. Harry tymczasem próbował sobie to wszystko wyobrazić, ale za każdym razem kończyło się to jednym: nagłą potrzebą znalezienia ustronnego miejsca, żeby swobodnie i do woli wymiotować.
-Oczywiście, wtedy byliśmy jeszcze gówniarzami i nie mieliśmy pojęcia, jak sobie z tym poradzić- powiedział Draco.- Martwiłem się o ciebie podczas zadań i to wystarczyło, żeby kompletnie wyprowadzić mnie z równowagi. Nie chciałem się do niczego przyznać. Ty chyba też nie… Chociaż po tym, jak zginął Diggory, coś się w tobie zmieniło. Kiedy wszyscy się żegnali… wziąłeś mnie za rękę na stacji, tak, że nikt nie zauważył. I trzymałeś, a ja nie próbowałem się wyrwać. Staliśmy tak, aż zjawili się moi rodzice i zabrali mnie do domu. Potem… jakoś to się potoczyło.
-A więc nie było żadnej intymnej kolacji…
-Co?
-Nie, nic- zapewnił Harry głośno, przeklinając w myślach Dumbledore’a.
-Intymna kolacja? Przypomniałeś coś sobie?
W oczach Harry’ego ulgę zastąpiło lodowate przerażenie.
-Nie!- oświadczył, odrobinę za głośno; same trzymanie Malfoya za rękę było powyżej jego zdolności pojmowania, co dopiero taniec z nim na środku Pokoju Wspólnego Slytherinu czy intymne kolacje.- Hm… Czemu właściwie mnie tu przyprowadziłeś?
Malfoy rzucił mu kolejne, zagadkowe spojrzenie, po czym wstał tak nagle, że Harry spróbował stłumić okrzyk zaskoczenia i w efekcie ugryzł się w język.
-Chcę coś sprawdzić- oświadczył blondyn, stając nad brzegiem jeziora i patrząc na Harry’ego przez ramię.
Schylił się, jakby sięgał po jakiś kamień, a Harry cofnął się instynktownie na wypadek, gdy Ślizgonowi przyszło do głowy czymś w niego rzucić. Jednak, jak się okazało, nie musiał się martwić.
Zamiast czegoś, Malfoy rzucił samego siebie.
Prosto do jeziora.

skomentuj (22)




2006-10-02 01:49:00 >> "Chłopiec ze szkła"- część pierwsza

Tak... ten fanfik ma wyjątkowo długą historię. Zaczęłam pisać opowiadanie pod tym samym tytułem rok temu i Goldi bardzo się podobało- właściwie miał to być swoisty prezent dla niej. Ale po sześciu rozdziałach coś się we mnie wypaliło i odłożyłam "Chłopca..." na półkę. Historia była dobra, wiedziałam o tym, i szkoda mi było ją tracić. Powtarzałam sobie: napiszę od nowa, napiszę od nowa. W końcu napisałam, i efekt końcowy niemal w niczym nie przypomina pierwowzoru. Osobiście uważam, że jest znacznie lepszy. No cóż... Wy nie będziecie mogli porównać, bo wczesnej wersji za nic nie umieszczę :P. Miłego czytania!

Dzwonek nad drzwiami kawiarni wypełnił pomieszczenie swoim delikatnym, zachęcającym dźwiękiem. Drzwi otworzyły się, wpuszczając do ciepłego wnętrza gwałtowny powiew jesiennego wiatru. Człowiek, który w nich stanął – wysoki mężczyzna, w przybliżeniu trzydziestoparolatek – poluzował nieznacznie szalik pod szyją i rozejrzał się uważnie, poprawiając okulary.
Dojrzał urzędowo ubrana kobietę, siedzącą w głębokim fotelu w samym kącie kawiarni, która nerwowo poprawiała ułożone przed nią rolki pergaminu; na jego ustach pojawił się delikatny cień uśmiechu.
Podszedł do stolika i usiadł naprzeciwko młodej dziennikarki, która na jego widok zerwała się w miejsca i z nerwowym entuzjazmem uścisnęła jego rękę.
-Dzień dobry, panie Potter!- wykrzyknęła niemal, odruchowo poprawiając włosy.- Jak się cieszę, że udało się panu znaleźć dla mnie czas… Czytelnicy Żonglera będą zachwyceni…
-Mam pewne obawy co do tego, panno…
-Whitman. Elsie Whitman.
-Bardzo mi miło.
Usiedli ponownie naprzeciwko siebie, a do ich stolika podeszła kelnerka w fartuszku i ze służbowym uśmiechem mocno umocowanym na miejscu.
-Co dla państwa?
-Poproszę herbatę z cytryną- mruknął Harry, podpierając lekko czoło na opuszkach palców.
-Dla mnie gorącą czekoladę- dodała Whitman.
Harry znieruchomiał; obdarzył dziennikarkę przed sobą uważnym, przeciągłym spojrzeniem, na co kobieta poruszyła się niezręcznie w fotelu.
-Bardzo ją lubię- wyznała, jak gdyby spojrzenie zielonych oczu kazało jej się z tego tłumaczyć.- Zwłaszcza w tej kawiarni. Nie chciałby pan spróbować…?
-Nie, dziękuję- odparł po chwili Potter, zmuszając sam siebie do uprzejmego uśmiechu.- Ja… już jej próbowałem. I proszę mi mówić Harry.
Dziennikarka zarumieniła się lekko, jak gdyby tymi słowami jej gość zaproponował jej spacer do ołtarza przy dźwiękach Mendelssohna. Harry westchnął dyskretnie; a więc to była jedna z tych…
Ale trudno – zdecydował się i teraz nie było już odwrotu. Musiał opowiedzieć tę historię, jeśli nie dla nikogo innego, to choćby dla samego siebie. A jeśli ta młoda kobieta przed nim nie będzie w stanie pojąć wszystkiego… tym lepiej. Nie chciał pomocy psychoanalityka, nie chciał spóźnionych rad, na pewno nie chciał głosu rozsądku czy spojrzeń pełnych współczucia i fałszywego zrozumienia. Chciał się tylko wygadać, wyrzucić z siebie to, co zalegało w jego gardle, co balansowało na samym czubku jego języka, co krzyczało w głowie w zimne noce.
Chciał prawdy.
Tylko dlatego tu przyszedł.
-Czy wie pani, panno Whitman…
-Elsie.
-Elsie- powtórzył Harry z tym samym nieruchomym, wymuszonym uśmiechem.- Czy wiesz, dlaczego zdecydowałem się na ten wywiad dla Żonglera?
Wielkie oczy, parująca filiżanka zatrzymana w połowie drogi do ust. Aha – Harry uśmiechnął się duchu – nie spodziewała się niczego podobnego. Zapewne myślała, że Harry powtórzy jej tą samą historię, co wszystkim innym dziennikarzom: o Chłopcu, Który Przeżył, o Wybrańcu, o Tym, Który Pokonał Sam-Wiesz-Kogo. Bajki o kryształowym bohaterze i jego dzielnych przyjaciołach, o tych dobrych i tych złych, o czerni i bieli.
Cóż – czeka ją niespodzianka.
-Muszę przyznać, że nie mam pojęcia- wyznała w końcu dziewczyna, dyskretnym ruchem wskazując na samonotujące pióro, które natychmiast zaczęło tańczyć po pierwszym kawałku pergaminu.- Jestem początkującą dziennikarką i Żongler był jedyną gazetą, która chciała mnie zatrudnić, ale dobrze wiem, jaką ma reputację… Czemu nie Prorok Codzienny?
-Ponieważ Prorok nigdy nie wydrukowałby historii, którą chcę opowiedzieć- powiedział cicho Harry, pochylając się nad kubkiem, jakby dla zaakcentowania swoich słów.- Nie uważaliby tego za coś godnego opublikowania, pokazania światu. To burzyłoby ich cenny, budowany z trudem spokój, strzaskałoby ten wizerunek, który z taką pieczołowitością układali. Ale ja… ja mam już tego dosyć. Chcę skorzystać z tej okazji i opowiedzieć coś, co ma dla mnie szczególne znaczenie, bo jest prawdą. Nie jakieś upiększone opowieści o tym, jak to dzielny chłopiec zbawia świat. Nie. Chodzi mi dzisiaj o prawdę, bez cukierkowych wstawek, bez schematów, bez… cenzury. Prawdę. W jej najbardziej surowej, okrutnej formie.
Już widział tę subtelną zmianę: lekkie pochylenie ciała, czujnie przymknięte oczy, pełne nagle rozpalonej ciekawości, podekscytowania… Miał wrażenie, że potrafi czytać w myślach kobiety przed sobą. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, już nigdy nie będę musiała się martwić o posadę. Może nawet dostanę nagrodę…?
Spojrzał za okno, na ulicę skąpaną w szarych cieniach, na ludzi uciekających przed wiatrem, na zwiewane kapelusze, szarpane włosy i peleryny. Nie miał tego za złe dziennikarce. Dopóki mógł mówić, było mu wszystko jedno.
Wypił łyk herbaty, usiadł wygodniej w fotelu, odchrząknął. Spojrzał w oczy Elsie Whitman, roziskrzone w oczekiwaniu. Zaczerpnął głębokiego oddechu.
I zaczął mówić.

* * *

Nie chcę nikogo oskarżać. Nie chcę nikogo rozliczać z tego, co zrobił, czego nie zrobił, rozwodzić się nad tym, kto, z kim, kiedy. Nie chcę stawiać pytania: dlaczego. Ponieważ jedyną osobą, którą mogę oskarżać o cokolwiek, jestem ja sam, i to właśnie z samym sobą chciałbym się rozliczyć. Za wszystko. A zwłaszcza za jedną osobę – jedyną, która prawdopodobnie nie będzie mogła… nie zdąży tego przeczytać.
Chciałbym powiedzieć, że postąpiłbym inaczej, gdyby ktoś cofnął czas. Że byłbym w stanie dokonać innych wyborów, zachować się inaczej, gdyby tylko dano mi szansę. Naprawdę chciałbym powiedzieć, że to wszystko skończyło się inaczej.
Ale gdybym tak zrobił, kłamałbym, a kłamstwa nigdy nie sprowadzą ukojenia. Co najwyżej mogą doprowadzić do szaleństwa, razem z tymi przeklętymi słowami: gdyby tylko…
Postaram się opowiedzieć wszystko najwierniej, jak potrafię, nie pomijając niczego – chociaż bardzo, jak bardzo bym chciał wymazać niektóre epizody z pamięci już na zawsze.

Od czego mam zacząć?
Czy początkiem była śmierć Cedrika Diggory’ego, która była pierwszym sygnałem czekających nas tragedii – śmierci, którym nie byłem w stanie zapobiec? Ale o tym już wiesz, prawda? Wszyscy wiedzą. Nie warto więc powtarzać historii o śmierci, która – nie wiedzieć kiedy – stała się tylko przebrzmiałą sensacją, oklepaną historią.
Jak łatwo można zapomnieć o jednym ludzkim życiu, kiedy przykryje je lawina kolejnych…
W takim razie może odpowiednim początkiem będzie incydent w Ministerstwie Magii, w Departamencie Tajemnic… ale te wydarzenia już też wszyscy znają. Wiedzą o przepowiedni, o pojmanych śmierciożercach… o śmierci Syriusza Blacka.
Kolejny artykuł w gazecie: zmarł Syriusz Black, niesłusznie oskarżony o morderstwo, przetrzymywany w więzieniu przez trzynaście lat, ścigany przez prawie całe życie. Oczyszczony z zarzutów po śmierci. Ministerstwo się pomyliło, przykro nam bardzo. I tyle. Można iść na herbatę i przedyskutować kolejny mecz quidditcha.
Kolejna, nic nieznacząca śmierć.
To wtedy właśnie w oczach ludzi stałem się Wybrańcem – tym, na kogo skierowały się wszystkie oczy, kiedy wróg u drzwi stał się już rzeczywistym zagrożeniem. To po mnie oczekiwano cudu, wybawienia… ofiary. Zresztą myślę, że tak było od zawsze… przepowiednia uczyniła to tylko czymś oficjalnym, oczywistym, wypowiedzianym głośno.
To ja miałem być tym, który powstrzyma śmierć… a przynajmniej zginie, próbując.
Widziałem to w oczach otaczających mnie ludzi. Inni ginęli, a ja żyłem; nie tak miało być. Miałem ich uratować, a najlepiej zginąć, poświęcając się dla nich, wygrać dla nich życie i przegrać własne w nierównym pojedynku z Voldemortem.
Nie trzęś się, proszę – strach przed tym imieniem jest idiotyzmem. Pewnie nawet nie pamiętasz go dobrze, jesteś za młoda. Robisz tak, bo wmówili ci, że tak trzeba, że tak jest… odpowiednio. Nie jest. To tylko hipokryzja.
Ale wracając do opowieści…
Oczywiście, nikt nie powiedział tego głośno. Wszyscy uśmiechali się do mnie bądź patrzyli ze współczuciem. Jedno i drugie doprowadzało mnie do szaleństwa, bo wiedziałem, w głębi duszy przeczuwałem, że nie powinienem żyć, skoro inni wokół mnie umierali bądź codziennie balansowali na granicy niebezpieczeństwa, podczas gdy ja tkwiłem w zamku, chroniony przez wszystkich wokół, niezdolny do pomocy, do niczego. Mogłem tylko patrzeć, czytać o kolejnych atakach i trząść się w nocy pod wpływem koszmarów.
Mogłem też – musiałem – udawać, że wydarzenia z czerwca nie miały na mnie większego wpływu. Że widok mojego ojca chrzestnego, kolejnej bliskiej osoby, upadającego za zasłonę, nie wstrząsnął mną, nie załamał, nie zburzył fundamentów mojego świata. Musiałem się uśmiechać, grać, że potrafiłem się podnieść – byłem to winny tym, którzy patrzyli na mnie codziennie z nadzieją.
Ale nie potrafiłem, nie mogłem się podnieść. W nocy widziałem tę scenę od początku, jeszcze raz i jeszcze, w kółko, bez końca. Syriusz, nie odpowiadający na wołanie. Moja głupota. Moja wina.
I te błagalne spojrzenia, pełne dziwnej pewności, a także rozpaczliwej nadziei, że jestem kimś, na kogo można zrzucić ciężar odpowiedzialności.
Nocami ten ciężar był po prostu zbyt ciężki i chyba dlatego, przez tą ciągłą, przytłaczającą mnie świadomość, skierowałem swoja uwagę na osobę, którą miałem pod ręką – dzięki której, jak myślałem, nie będę więcej bierny.
Słyszałaś zapewne o Draconie Malfoyu? Tak, oczywiście, że słyszałaś. Nastolatek, który doprowadził do śmierci Dumbledore’a, niemal sam go zamordował. Młody – o wiele za młody – syn śmierciożercy, zdrajca, zimny drań, podły przestępca. Tak o nim piszą, prawda? Nie dziwię się. W końcu publiczność potrzebuje tego podziału: na czerń i biel, na dobro i zło. Potrzebuje oczywistych odpowiedzi. Nie winię ich za to. To po prostu jeden z elementów naszej natury: po tragedii szukamy tych, na których można najłatwiej zrzucić winę, bez wyrzutów sumienia. Draco nadawał się idealnie.
Sam tak myślałem. Uczepiłem się tych myśli, kiedy tylko zobaczyłem go wtedy w sklepie, jak uskoczył w trakcie przymierzania szat; obawiał się pokazać Mrocznego Znaku, taka była moja pierwsza myśl. I wtedy, rozpaczliwie i kurczowo, uchwyciłem się go. Wmówiłem sobie chyba, że jeśli on coś planował – a planował, tego byłem całkowicie pewien, choć nie miałem dowodów – a ja bym go w jakiś sposób powstrzymał, może zasłużyłbym sobie na te spojrzenia, które doprowadzały mnie za każdym razem na skraj rozpaczy. Może udowodniłbym, że byłem wart, że potrafiłem coś zrobić. Że sam wierzyłem w to, co o mnie mówiono. Że naprawdę byłem tym, za kogo mnie uważali.
To była tylko gra – tak naprawdę nie chciałem żadnej z tych rzeczy, a już najmniej uwagi. Ale jestem w końcu Harrym Potterem, czyż nie? Tym, który coś zmieni. I czułem, że powinienem, że muszę coś zrobić. Dla Syriusza, ale i dla siebie. Inaczej pogrążyłbym się tylko w żalu, a w końcu w szaleństwie. To był luksus, na który nie mogłem sobie pozwolić.
I tak Draco Malfoy stał się moją ofiarą. Moją obsesją. Spędzałem dnie i noce, myśląc o nim i o tym, czym się zajmował, co planował. To było wygodne – sprawiało, że nie myślałem o Syriuszu i o jego pustych oczach. Że nie wyobrażałem sobie bez przerwy twarzy Rona, Hermiony, Ginny , torturowanych, wykrzywionych w agonii, zbryzganych krwią,. Że nie słyszałem w głowie tylu krzyków, co kiedyś.
Wreszcie mogłem działać, nie narażając nikogo oprócz samego siebie i Dracona.
W międzyczasie, jak pewnie słyszałaś, Dumbledore uczył mnie życia Toma Marvolo Riddle’a, człowieka, którego później świat poznał jako Lorda Voldemorta. Dowiedziałem się o Horkruksach. Widziałem, jak on, Dumbledore, największy czarodziej naszej ery, umiera, gaśnie powoli, dzień po dniu, właśnie przez te małe przedmioty, w których zamknięta była poszarpana dusza Voldemorta. Czasami moja własna bezsilność i bezradność sprawiały, że ledwo powstrzymywałem łzy. Kiedy indziej czułem, że mogę, że jestem w stanie pomóc – po co Dumbledore mówiłby mi o tym wszystkim, jeśli nie sądził, że będę w stanie coś zdziałać, ewentualnie przejąć po nim poszukiwania i dokończyć jego dzieła? Wiedziałem, że nie było miejsca na wątpliwości, na pytania w stylu: dlaczego ja? Ktoś musiał, więc równie dobrze mogłem to być ja. To chciałem być ja.
Nie przypuszczałem wtedy, że komuś innemu przypadła w udziale robota o wiele gorsza… ale nie wyprzedzajmy faktów.
Tego roku, w mojej szóstej klasie Hogwartu, coś we mnie powoli pękało. Kiedy widzieliśmy coraz to nowych uczniów wzywanych do gabinetu dyrektora bądź zabieranych przez rodziny do domów, czułem się coraz bardziej odpowiedzialny i – paradoksalnie – zdenerwowany tą odpowiedzialnością. Coś wewnątrz mnie, jakaś część gdzieś głęboko, której starałem się nigdy nie dopuszczać do głosu, buntowała się przeciw temu. A im bardziej się buntowałem, tym goręcej obracałem się w stronę pracy, w stronę działania – chciałem skierować tą energię na coś pożytecznego, zanim ona obróci się przeciwko mnie. Ale śmierć Syriusza i piąty rok pozostawił na mnie rysę i choć robiłem, co mogłem, żeby to powstrzymać, to czułem podświadomie, że ta rysa wydłuża się i pogłębia. Czasami w nocy, kiedy nikt nie mógł mnie zobaczyć, przyciskałem twarz do poduszki i obejmowałem się kurczowo jakby w obawie, że któregoś dnia po prostu pęknę.
Jak figurka ze szkła.
Moi przyjaciele pomału stawali się mniej oparciem, a bardziej ciężarem, choć nie chciałem tego przyznawać przed samym sobą. Oni nie rozumieli. Nie mogli zrozumieć, nieważne, jak bardzo się starali. Miotali się sami wśród własnych problemów – głównie emocjonalnych, bo wiedziałem doskonale, że prędzej czy później skończą jako para. Martwiło mnie to w głębi duszy, bo przeczuwałem, że kiedy to się stanie, przestanę już być im potrzebny, że stanę się tym przysłowiowym piątym kołem. Być może dlatego w końcu zwróciłem uwagę na Ginny. Zobaczyłem w niej siłę, której sam nie posiadałem i myślałem, wmawiałem sam sobie aż uwierzyłem, że to była miłość.
Chciałem, żeby była. I być może była faktycznie, przynajmniej przez chwilę – iskra, która rozpaliła we mnie siłę i ciepło, którego nie czułem od miesięcy. Ale…
No właśnie. Zawsze jest jakieś ale. Gdyby nie było, być może nie byłoby też niczego innego i to wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Może opowiadałbym ci teraz historię o zupełnie innym człowieku, a nie o chłopcu ze szkła, który pewnego dnia się potłukł.
Jednak ale istniało, i chyba tu tak naprawdę zaczyna się właściwa opowieść. Tym ale był Draco Malfoy.

* * *

Harry odchylił się na swoim fotelu i poprawił okulary, które zsunęły się w dół jego nosa. Cały czas nie spuszczał wzroku z Whitman, która słuchała go uważnie, jak gdyby słuch był jedynym zmysłem, który jeszcze jej pozostał. Filiżanka z gorącą czekoladą parowała leniwie w jej nieruchomych rękach. Samonotujące pióro tańczyło z furią po pergaminie, a Harry kątem oka zerknął na notatki.
Nie musiał się martwić tym razem, uznał, krzyżując ręce pod brodą. Chyba nawet Rita Skeeter nie zmieniałaby ani słowa w tej historii.
Wypił kolejny łyk herbaty i powoli zerknął za okno – zaczęło padać, coraz więcej ludzi wbiegało do kawiarni i strzepywało mokre płaszcze, parasole. Dostrzegł w tłumie kilka par w ciasnych objęciach.
Na chwilę zamknął oczy.
-Harry…?- szepnęła Elsie, jakby bojąc się, że jedno słowo z jej ust zburzy pomnik wspomnień, który jej gość wzniósł specjalnie dla niej przed swoimi oczami.
-Powiedz mi, Elsie…- zaczął czarnowłosy mężczyzna, powracając do niej spojrzeniem- ile wiesz o moim szóstym roku w Hogwarcie?
Dziewczyna wyglądała na speszoną tym nagłym pytaniem. Lekko zwiesiła głowę.
-Tyle, co wszyscy, tak mi się wydaje. Napaść śmierciożerców. Śmierć Dumbledore’a. Twój związek z Ginny Weasley. Zamachy na dwóch studentów, których sprawcą był syn Malfoyów. Zdrada Snape’a- odpowiedziała cicho.
-No tak- Harry uśmiechnął się łagodnie.- Chyba w takim razie muszę cię ostrzec, że to, co za chwilę usłyszysz, może ci się nie spodobać. Możesz się jeszcze wycofać.
-Mów tak dalej, a nie dam ci spokoju- uśmiechnęła się dziennikarka.- Co było dalej? Co to za ale, którym był Malfoy? Myślałam, że wy dwaj nienawidziliście się od samych początków szkoły.
-Też tak myślałem, wierz mi- Harry uśmiechnął się do wspomnień.- O ile wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby właśnie tak pozostało…
Elsie nagle znieruchomiała. Po chwili poruszyła się niespokojnie, a jej oczy rozszerzyły się gwałtownie w wyrazie niedowierzania. Harry widział, że dziewczyna zaczyna rozumieć.
-Chcesz powiedzieć, że wy dwaj…- zaczęła podekscytowanym i drżącym szeptem, ale Potter uciszył ją uprzejmym ruchem dłoni.
Pokręcił głową i ponownie wbił wzrok w okno, gdzie krople deszczu spływały w dół, łączyły się i rozdzielały w fantazyjnych zygzakach. Uśmiech zniknął z jego ust.

* * *

Wierzyłem, że Draco był śmierciożercą. Było to niemal coś, czym oddychałem każdego dnia, co czułem każdym kawałkiem skóry.
Mieliśmy w zamku śmierciożercę i tylko ja zdawałem sobie z tego sprawę, bo ilekroć podnosiłem ten temat z Ronem i Herminą, sceptycznie kręcili głowami. W końcu nazwali to „niezdrową obsesją”… gdyby tylko wiedzieli, jak trafne było to stwierdzenie.
Śledziłem go, kiedy tylko mogłem. Obserwowałem każdy jego ruch. Wodziłem za nim wzrokiem na magicznej mapie, którą odziedziczyłem po ojcu – pokazywała nie tylko zamek, ale także to, gdzie kto jest w czasie rzeczywistym – i kiedy znikał poza jej zasięg, ogarniała mnie bezsilna frustracja, że nie mogłem odgadnąć, gdzie się ukrywał. W końcu, nie mogąc już wytrzymać, kazałem go śledzić dwóm skrzatom domowym. To od nich dowiedziałem się, że Malfoy codziennie zamykał się na jakiś czas w Pokoju Życzeń.
Jednak to mnie nie zadowoliło. Dzień i noc próbowałem się dostać do środka, odkryć, nad czym pracował, a wspomniane przez ciebie zamachy tylko podsyciły moją obsesję na tym punkcie. Miałem inne zadania na głowie – z pewnością o tym wiesz – ale to na Malfoyu koncentrowały się moje myśli, kiedy akurat nie spoczywały na Ginny, na Syriuszu czy przyjaciołach. I tak to trwało, aż do dnia, kiedy omal go nie zabiłem – ale znowu wyprzedzam fakty.

Często zastanawiam się, co by było, gdybym tego dnia nie spojrzał na mapę – jak wtedy ułożyłyby się nasze życia, moje i jego? Nie wiem. Wiem tylko, że spojrzałem. I to jest najważniejsze.
To był ponury dzień – jeden z tych, kiedy pory roku nie mogą się zdecydować, czy nadchodzi wiosna, czy trzyma się jeszcze zima. Wiatr targał moją peleryną i szalikiem od czasu do czasu, kiedy przemierzałem błonia w kierunku stadionu. Wchodziłem w kałuże roztopionego śniegu, w brudne zaspy tych zlodowaciałych brył, które się jeszcze trzymały i które tworzyły błoto pod butami. Gdzieniegdzie widziałem wrony i kruki; frunęły po niebie w kupie, jak wystraszona powietrzna ławica, albo siedziały na gałęziach i obserwowały mnie z dystansu, kracząc za moimi plecami.
Zdawało mi się, że śmieją się ze mnie.
Nie przejmowałem się tym, że brzegi peleryny, buty i nogawki spodni miałem przemoczone, utytłane w przedwiosennym błocie, ani że chłód przenikał moja wełnianą pelerynę i kłuł swoim ostrzem ciało. Dostrzegłem na mapie, że Draco siedzi na stadionie quidditcha, na trybunach, całkiem sam. Być może myślał, a może planował swój następny ruch. Miałem nadzieję, że tego dnia coś odkryję, że jeśli tam pójdę i będę go obserwować, może dokonam jakiegoś przełomu. Poza tym potrzebowałem czegoś, co zajęłoby moje myśli, ponieważ byłem świeżo po kłótni z Hermioną i chyba potrzebowałem czegoś – kogoś – na kim mógłbym wyładować swoją dziecinną złość.
Potrzebowałem jego obecności, teraz zdaję sobie z tego sprawę. Potrzebowałem kłótni z nim, może nawet bójki, jakiejkolwiek konfrontacji. Potrzebowałem kogoś, kto nie widział we mnie Wybrańca, dla kogo byłem tylko wrzodem na tyłku, kto miał mi do zaoferowania tylko prawdę, w swojej najbardziej brutalnej formie, a nie współczujące, pełne nadziei spojrzenia. Chyba chciałem także, żeby teraz, choćby przez moment, wszystko było jak dawniej, jakbyśmy cofnęli się w czasie: dziecinne potyczki, fochy, słowa pełne jadu, wolność. Chyba nie chciałem zmusić się do myślenia, że Malfoy jednak dorósł, bo potrzebowałem tego snobistycznego dzieciaka, żeby pokazał mi jeszcze raz, że nie jestem żadnym bohaterem, żadnym krystalicznym chłopcem ze szkła. Uświadomiłem sobie, jak bardzo za nim… tęskniłem.
Jakkolwiek szalenie to brzmi, teraz wiem, że tak właśnie było.
Stanąłem w cieniu wejścia dla pozorów, ale tak naprawdę nie chciałem nawet specjalnie się ukrywać. Byłem wręcz gotowy sam się ujawnić, jeśli nie wytrzymam, aż on mnie zauważy. Sam szukałem jego ostrego języka, jak masochista – po pełnym żalu i zmartwienia spojrzeniu Hermiony, po jej troskliwości i współczuciu, powitałbym to niemal z ulgą.
Trafiłem na dobry moment. Zobaczyłem jego sylwetkę owiniętą w czarną pelerynę niedaleko siebie. Przez chwilę siedział nieruchomo, patrząc przed siebie, tak, jak musiał zapewne siedzieć przez dłuższy czas. Ale, kiedy już chciałem opuścić swoją kryjówkę w cieniu, dostrzegłem, że podnosi się i idzie do wyjścia.
Natychmiast przylgnąłem z powrotem do muru, próbując ustalić, co tak naprawdę chciałem zrobić, i uznałem, że jeśli mnie nie zauważy, pójdę za nim w pelerynie-niewidce… tak, posiadałem jedną, kolejny spadek po moim ojcu… i wreszcie odkryję, jak wejść do Pokoju Życzeń, po prostu wchodząc tam razem z nim.
Jednak nie to los dla nas przeznaczył.
Kiedy Draco zszedł z trybun, przystanął na murawie, a jego badawczy wzrok spoczął na mroku wejścia do szatni, gdzie przylgnąłem, wstrzymując oddech.
Zobaczył mnie.
Odkryłem to po jego przekleństwie.
-Szpiegostwo do ciebie nie pasuje, Potter- powiedział mi głosem, który aż wibrował od irytacji.- Każdy od razu by cię znalazł… w końcu blask chwały Wybrańca bije od ciebie na milę.
Wyszedłem z cienia – co innego mi pozostało? Chyba w głębi serca byłem wdzięczny za ten rozwój wypadków. Nie miałem z nim żadnej konfrontacji od tamtego incydentu, kiedy rozwalił mi nos obcasem w pociągu… ale to inna historia.
-Do ciebie nie pasuje odmrażanie sobie swojego królewskiego tyłka na podwórku- sparowałem.- Sam? Bez wiecznej obstawy? Czy może Crabbe i Goyle jeszcze siedzą przy jedzeniu?
-Daj mi po prostu przejść- powiedział, głosem nagle zmęczonym i zrezygnowanym, jak gdyby sama moja obecność wysączyła z niego wszystkie siły.
Zmarszczyłem brwi i zrobiłem parę kroków w jego stronę. Nie tego oczekiwałem. Nie chciałem widzieć Malfoya wycieńczonego, pełnego… zmartwień. Chciałem widzieć go w dalszym ciągu jako aroganckiego drania. Obraz chłopaka, który stał przede mną: chudego, chorobliwie bladego, z cieniami pod oczami, nagle uderzył we mnie niczym młot. Zdenerwowałem się wtedy, kiedy dostrzegłem, jaki naprawdę był słaby; chciałem, żeby był silny, dumny, pewny siebie. Nie chciałem widzieć, że ktoś inny poza mną też miał już serdecznie dosyć życia.
Dlatego zrobiłem wtedy to, co zrobiłem: podszedłem bardzo blisko, krzyżując ramiona na piersi i patrząc z góry na tę wątłą postać przede mną.
Kiedy, swoją drogą, stałem się od niego tych parę centymetrów wyższy? Zawsze było odwrotnie…
-To nie było w twoim stylu- szepnąłem, patrząc na niego wyzywająco, prowokując go.- Gdzie się podział ten słynny, malfoyowy cynizm?
-A gdzie się podział twój mózg? Ludzie dorastają, Potter… przynajmniej niektórzy. Jeśli jeszcze tego nie zarejestrowałeś, to mam inne zmartwienia niż zwracanie na ciebie uwagi. Dzięki tobie, częściowo- dodał, patrząc na mnie z nagłą trucizną w oczach.
Tak lepiej, uznałem z pewną okrutną satysfakcją.
-To, co zrobiłeś w pociągu, nie było specjalnie dojrzałe- wycedziłem.- Czy może deptanie komuś po twarzy to według ciebie przejaw dorosłości? Co to za sprawy?
-Szpiegowałeś mnie- odparł.- Mojego ojca zamknęli w Azkabanie. Sam się o to prosiłeś. I nie twój pieprzony interes. A teraz daj mi przejść.
Wyminął mnie brutalnie i ruszył do wyjścia, ale nie był zbyt szybki; okręciłem się i złapałem go za ramiona, odwracając siłą i popychając do tyłu, na ścianę stadionu. Wydał z siebie zduszony jęk, kiedy jego ciało zderzyło się z solidnym drewnem, i próbował się wyszarpnąć, ale wiedziałem, że jestem silniejszy – kiedy biliśmy się rok temu, nie był nawet w stanie mi oddać.
-Zostaw mnie!- wrzeszczał, szarpiąc się jak zwierzę złapane w sidła.
Nie miałem zamiaru go puszczać; przyszpiliłem go do ściany za ramiona i pochyliłem się tak, że nasze twarze znalazły się centymetry od siebie. Czułem jego przyspieszony, gwałtowny oddech na ustach, widziałem, jak jego szare oczy rozszerzają się powoli w mieszance gniewu i strachu. To drugie, jak zauważyłem w fali podniecenia, z każdą chwilą stawało się silniejsze.
Bał się mnie – Draco Malfoy się mnie bał.
To jeszcze bardziej wzmogło moją nienawiść wobec niego, poczucie kontroli, adrenalinę, która kazała mi płynąć dalej po tych wzburzonych wodach furii. To ja kontrolowałem sytuację, tylko i wyłącznie ja. A Malfoy się mnie bał.
To mnie podniecało, ta nagła zmiana ról, ten strach w jego lśniących oczach. Nagle chciałem go skrzywdzić, sprawić, żeby cierpiał, tak, jak ja cierpiałem… ale nie tylko to. Poczułem fizyczne podniecenie, a świadomość kontroli, władzy i jego twarz, jego ciało, tak blisko, tylko je wzmogły.
W innych okolicznościach, inny Harry byłby przerażony… ale ja już nie czułem się Harrym-świętoszkiem, tym dzieckiem, które z ustami rozwartymi w zachwycie wchodziło przed laty po raz pierwszy do Wielkiej Sali. Nie czułem się już chłopcem ze szkła.
I było mi z tym niewypowiedzianie dobrze.
-Co ty planujesz?- szepnąłem prosto w jego usta, a gwałtowny oddech, którego wtedy zaczerpnął, tylko dodał mi śmiałości.- Nad czym pracujesz całymi dniami? Co to za zadanie?
-Nie myślisz chyba, że ci powiem?- spytał szeptem, który lekko drżał.- Nawet ty nie możesz być aż takim idiotą.
-Dowiem się- powiedziałem mu wtedy, w nagłym przypływie pożądania przykładając mu rękę do twarzy.- Mam cię na oku, wiem, że coś planujesz.
-Nic mi nie możesz zrobić- powiedział wyzywająco, ale zmrużył nieco oczy pod wpływem mojego dotyku; widziałem w nich, obok strachu, zaskoczenie.
-Och, nie?- uśmiechnąłem się wtedy.- A skąd ta pewność? Nie ma już tatusia przy twoim boku, żeby ochronił twój tyłek…
Wtedy mnie uderzył. Nie wiem, skąd znalazł na to siłę i jakim cudem wyrwał się z mojego uścisku, ale nagle poczułem, jak jego pięść łączy się w moim policzkiem w jednym, silnym ciosie, i zachwiałem się do tyłu. Poczułem krew wzbierającą w kącikach ust; kiedy przyłożyłem do nich palce, zobaczyłem, że Draco próbuje uciec.
Rzuciłem się za nim, naturalnie. W tamtej chwili nie byłem sobą. Albo nie: byłem sobą, tak do końca, boleśnie sobą, jak nigdy nie odważyłem się być, tym Harrym, którego istnienia dotąd nie chciałem nawet przyjąć do wiadomości. Dopadłem go w szatni, powaliłem na ziemię, uderzyłem w twarz. Szarpał się, kopnął mnie kolanem w pierś. Spróbował uderzyć jeszcze raz, z drugiej strony – zatrzymałem cios i sam go zadałem, z całej siły. Jego głowa pofrunęła w bok, rozległ się głuchy trzask, Malfoy znieruchomiał pode mną na chwilę.
Potrząsnąłem nim raz, drugi; w końcu spojrzał na mnie, a w jego oczach nienawiść śpiewała w duecie z bólem. Adrenalina dudniła mi w uszach, zagłuszając zdrowy rozsądek, zagłuszając wszystko wokół, kiedy tak na niego patrzyłem – bezbronny, rozpostarty pode mną, z krwią kapiącą z kącika ust, na mojej łasce.
Jakże go wtedy nienawidziłem.
Jakże go wtedy pożądałem.
To się stało szybko. Pocałowałem go, zanim zdążyłem się uspokoić, zanim ta pasja zniknęła. Znieruchomiał jak kamień, potem szarpał się, próbował odwrócić głowę, coś powiedzieć, krzyknąć. Przyparłem go do podłogi, nie pozwalając się ruszyć.
A kiedy powoli zaczynałem trzeźwieć, odsuwać się od niego, kiedy już chciałem skoczyć na nogi i uciec od tego ciepła, które wypełniało mnie sobą jak narkotyk, jak trucizna, kiedy już chciałem się od niego uwolnić… to on podniósł głowę i przycisnął swoje usta do moich, pociągając mnie z powrotem na dół. To on zaczął odwijać mój szalik, krawat, kiedy z jego ust przesunąłem się powoli w bok, ku jego szyi. Czułem jego włosy pod palcami, ich zapach, czułem jego skórę, słyszałem jego gwałtowny oddech tuż przy sobie… i wszystko inne się rozpłynęło.
Po chwili byliśmy tylko my, na tamtej zimnej, brudnej podłodze, rozpostarci na jego pelerynie, przykryci moją. Tylko skóra, włosy, oddech, pot, zduszone jęki, ręce, palce, nogi, biodra. On i ja. I ludzki kontakt.
To był nasz pierwszy raz.
Chciałbym, żeby to było bardziej romantyczne, naprawdę. Ale nie było. Tak naprawdę chodziło tylko o podstawową żądzę, o coś fundamentalnego, zwierzęcego nawet. Żadnych romantycznych uniesień, żadnych wyznań. Nie krzyczeliśmy nawzajem swoich imion. W ogóle nic nie mówiliśmy. On był po prostu czymś ciepłym, czymś materialnym, czymś dostępnym… czymś żywym. Każdy inny mógłby być na jego miejscu w tamtej chwili, ktokolwiek inny. On chyba czuł podobnie.
W końcu skończyliśmy – on doszedł pierwszy, a na widok jego twarzy, wykrzywionej rozkoszą, sam szybko do niego dołączyłem. Sturlałem się z niego. Spojrzeliśmy sobie w oczy, milcząc, bojąc się słów, konsekwencji. Potem, jednocześnie, spojrzeliśmy w górę i tylko oddychaliśmy głośno, on i ja, w podobnym rytmie. Nawet nie złapaliśmy się za ręce.
Po chwili wstałem, ubrałem się. Wyszedłem. Zostawiłem go tam. Drogę do dormitorium pokonałem biegiem. Zakopałem głowę w poduszki. Próbowałem sobie wmówić, że to szaleństwo, że to chłopak, że to Malfoy, że to śmierciożerca… ale to nie sprawiło, że przestałem widzieć jego twarz przed oczami.
Tej nocy to on mi się śnił, nie Ginny. Jego włosy, oczy, skóra, ręce. Draco.
Kiedy obudziłem się rankiem, naszła mnie jeszcze jedna myśl: nie widziałem wtedy na jego ramieniu Mrocznego Znaku.

* * *

Harry urwał. Spojrzał na swoją herbatę, dawno już wystygłą. Przymknął oczy.
-I co było dalej?- spytała Elsie po chwili niewygodnej ciszy; jej policzki były lekko zarumienione, jej oczy błyszczały.
Harry podniósł na nią oczy, lekko zaskoczony.
-Nie uważasz tego za obrzydliwe? Nieludzkie? Oburzające? Niemoralne?- spytał ponuro.
Dziennikarka tylko potrząsnęła głową.
-Przecież go wykorzystałem. Chłopaka.
-Ty… wy… mieliście powody.
-Nie chcę się usprawiedliwiać. Wiem, że zachowałem się wtedy okropnie. Nikogo nie usprawiedliwiam, chcę, żeby to było jasne.
-Jest- Elsie uśmiechnęła się lekko.- Zaznaczyłeś to wyraźnie na wstępie.
-Ja…- Harry uniósł głowę, zaskoczony, ale po chwili westchnął tylko.- No dobrze. Chcesz mimo wszystko słuchać dalej?
-Tak.
Ta odpowiedź była szczera, jak stwierdził Harry z zaskoczeniem. Zamówił wody, żeby zyskać na czasie i uporać się ze swoimi myślami, ale głównie po to, żeby uniknąć spojrzenia kobiety przed sobą. Bał się niemal, że zobaczy tam zrozumienie, litość.
Nie po to tu przyszedł.
Po chwili podjął opowieść, patrząc w okno. Deszcz padał coraz mocniej.
* * *

Ponownie zobaczyłem Dracona dopiero dwa dni później, na eliksirach u starego Slughorna – słyszałaś o nim, mam nadzieję? Zajął miejsce Snape’a, kiedy tamten przejął przedmiot obrony przed czarną magią.
To ironiczne, że tak się stało; kolejny nauczyciel OPCM, którego straciliśmy w dość dramatycznych okolicznościach. Nad tym stanowiskiem chyba faktycznie ciąży jakaś klątwa.
Unikał mojego spojrzenia, co było do przywidzenia, ale co wywoływało we mnie irracjonalny gniew. Chciałem, żeby na mnie spojrzał, żeby zwrócił na mnie uwagę, ale on ostentacyjnie pochylony był to nad książką eliksirów, to nad kociołkiem, to nad Pansy Parkinson, z którą od czasu do czasu wymieniał szeptem jakieś uwagi. A ja patrzyłem na niego i widziałem tylko jego nagą skórę pode mną, jego usta otwarte w niemym krzyku rozkoszy, jego oczy zamknięte pod moimi pocałunkami.
I chciałem więcej. Więcej ludzkiego kontaktu.
Po lekcji powiedziałem Ronowi i Hermionie, że zostanę trochę dłużej. Zgodzili się. Pewnie myśleli, że chodzi mi o to wspomnienie Slughorna, które miałem zdobyć dla Dumbledore’a; nie chciałem wyprowadzać ich z błędu.
Poczekałem, aż wszyscy inni opuszczą klasę, i poszedłem za Ślizgonami. Udało mi się dogonić Dracona, zanim ten zniknął w innej części lochów; widząc mnie, powiedział innym, że za chwilę wróci, i pełen wyniosłości spytał mnie, o co chodzi.
Zaciągnąłem go natychmiast do jakiegoś zacienionego kąta i pocałowałem. Opierał się tylko chwilę.
Zawarliśmy wtedy coś na wzór milczącego paktu. Żaden z nas nie powiedział słowa na ten temat, ale wiedzieliśmy już, że spotkamy się w nocy, w lochach.
Dlaczego zdecydowałem się brnąć w to szaleństwo? Nie, nie dlatego, że nagle zapałałem do Malfoya gorącym uczuciem. Po prostu przy nim czułem się wolny, jakbym wreszcie zerwał z tym wizerunkiem nieskazitelnie czystego. Draco był moim buntem, moim zapomnieniem.
A ja dla niego… podejrzewam, że po prostu potrzebował ludzkiego dotyku, trochę ciepła. Zatem układ idealny: bez uczuć, tylko pasja, tylko seks. Bez zaangażowań.
Ten sposób był najbezpieczniejszy, bo jak nie ma uczuć, to nie ma też bólu. Nie mogliśmy skrzywdzić siebie nawzajem jeszcze bardziej, niż już krzywdziliśmy. Nie mogliśmy się zdradzić, bo nie ma zdrady tam, gdzie nie ma zaufania. Gdzie nie ma przyjaźni.
Nie mieliśmy nic do stracenia.
Jednak jeśli myślisz, że dałem się zaślepić i zaniechałem prób dowiedzenia się, co tak naprawdę robił w Pokoju Życzeń, muszę cię rozczarować. Próbowałem. Dalej go śledziłem, na mapie i w pelerynie-niewidce, choć zazwyczaj kończyło się to na obcałowywaniu i obmacywaniu siebie nawzajem w ciemnym korytarzu. On nie był moim światem, nie. Miałem swoje życie, z dala od niego, i żyłem nim.
Chodziłem na lekcje. Chodziłem na sesje z Dumbledore’em, kiedy tylko mnie do siebie zawołał. Próbowałem podejść Slughorna. Grałem w quidditcha. Czułem zazdrość o Ginny. Martwiłem się o moich przyjaciół, o wojnę, o obcych ludzi, o wszystkich. Słowem: byłem po prostu tym Harrym Potterem, którego wszyscy znali, którego wszyscy uważali za coś oczywistego. Byłem chłopcem ze szkła.
Tylko nocą, w ramionach Dracona Malfoya, ten chłopiec tłukł się coraz bardziej.

Jednak to dziwne porozumienie, czymkolwiek było, nie trwało długo; pewnego dnia, kiedy, jak zwykle, przechodziłem koło Pokoju Życzeń, zobaczyłem na mapie, że Malfoya tam nie ma. Był za to w łazience, tej samej, w której Hermiona ważyła dla nas eliksir wielosokowy tyle lat temu. Z Jęczącą Martą.
Widziałem, jak płacze, jak Marta próbuje go pocieszyć, jak on zwierza się jej ze swojego ciężaru. Czułem się odrętwiały, zaszokowany, unieruchomiony tym nagłym wybuchem uczuć z jego strony. Nie chciałem tego widzieć. Do tej pory znałem go na pamięć, jego ciało, każde wybrzuszenie, każdy wzgórek, każdą kość pod jego skórą – wszystko to, co było na wierzchu. I tak było dobrze. Znałem na pamięć wierzch, nie znałem nic, co w środku. Tak miało być. Tak chciałem, żeby pozostało.
Zobaczył mnie; okręcił się dziko, chwycił za różdżkę. Od razu poznałem, że przeżywał załamanie nerwowe, ale dlaczego aż tak zdenerwował się na mój widok? Że widziałem jego łzy…?
Pojedynkowaliśmy się na oślep. Marta krzyczała, zaklęcia rykoszetowały naokoło nas i obracały łazienkę w ruinę. Podniósł różdżkę, gotowy rzucić Cruciatusa; kiedy jego usta układały się w formułę klątwy, widziałem jego oczach nienawiść. Ubiegłem go i wrzasnąłem pierwsze zaklęcie, jakie przyszło mi do głowy, a którego nigdy dotąd nie używałem i nie wiedziałem o jego działaniu: Sectumsempra.
Rezultat przeraził mnie do granic możliwości: widziałem, jak z twarzy i piersi Dracona tryska fontanna krwi, jak on sam zatacza się i upada na ziemię, jak jego ręce błądzą po straszliwych, głębokich ranach.
Natychmiast znalazłem się przy nim, porażony nagłą myślą: zabiłem go. On zginie. Zabiłem go.
Krew, krew, wszędzie krew. Na wodzie, na podłodze, na Draconie, na mnie. Jego krew na moich rękach. Chciałem chwycić go w ramiona, wytrząsnąć z niego oddech, ale on patrzył tylko nieruchomym, szklistym wzrokiem, trząsł się i błądził słabymi palcami po ranach. Krzyczałem, szeptałem „Nie, nie”. A krwi przybywało.
Wolę nie myśleć o tym, co by się stało, gdyby Snape nie pojawił się w porę lub gdyby to był ktoś inny. Wtedy Draco by zginął, zabiłbym go tamtego dnia. Przypadkowo. Używając zaklęcia, którego działania nie znałem. Zabiłbym go.
Ale przyszedł, i to właśnie on. Znał to zaklęcie, wiedział, jak pomóc Draconowi. Leczył go, zabrał do skrzydła szpitalnego. Nawet nie próbowałem zmyć krwi z moich rąk.
Widzę, że jesteś zaskoczona. Nie spodziewałaś się po mnie podobnego incydentu, prawda? Nie po Chłopcu, Który Przeżył. Nie czarnej magii. Nie znałem tego zaklęcia, to prawda, ale to mnie nie usprawiedliwia. Nie powinienem był używać zaklęcia, którego nie znałem. To nie powinno się zdarzyć.
Oczywiście, zostałem ukarany, a szkoła pełna była plotek na temat tego wypadku, ale – co było zaskakujące – nie wyrzucono mnie ze szkoły, w gazetach nic na ten temat nie napisano, matka Dracona nie dowiedziała się o niczym. Zatuszowano całą sprawę, tyle mogłem się domyślić… i to doprowadzało mnie do furii. Chciałem ponieść karę, chciałem być odpowiedzialny, chciałem, żeby ludzie winili mnie za ten wypadek. Czułem, że tylko w ten sposób mógłbym być fair wobec Dracona. Otwarcie przyznając się do winy i biorąc na siebie cały jej ciężar. A tak to on leżał w skrzydle szpitalnym, ledwo żywy, pokryty bliznami, które ja mu zadałem, a ja martwiłem się tylko utratą pozycji w drużynie quidditcha i szlabanem u Snape’a.
Wtedy chyba w naszych relacjach dokonał się kolejny zwrot.
Po raz pierwszy pojawiło się coś na kształt uczuć.
Poszedłem do niego w końcu pewnej nocy, jak zapewne się domyślasz. Czułem, że powinienem, że winien mu byłem przynajmniej tyle. Poza tym, jak z szokiem odkryłem, nie czułem już nienawiści na widok jego nieruchomej sylwetki na łóżku. Czułem za to coś innego – chyba strach. A także coś, co mogłoby być troską, gdybym tak szaleńczo nie próbował zwalczyć własnych emocji na rzecz fałszywej obojętności.
Swoją drogą, kiedy obojętność wobec Malfoya stała się fałszywa…?
Nie chciałem go budzić, ale kiedy usiadłem na brzegu jego łóżka, poruszył się i zwrócił głowę w moją stronę. Zdjąłem niechętnie pelerynę, a on otworzył oczy.
-Co ty tu robisz?- warknął, kiedy tylko jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności pokoju.
Pamiętam ten błysk w jego oczach; strach i nienawiść, wstręt, ból. Nie było tam żądnego pragnienia, chociaż bardzo, och, jak bardzo chciałem je dostrzec.
-Przyszedłem powiedzieć ci, że mi przykro- odparłem chłodniej, niż zamierzałem, hardo patrząc mu w oczy; nie chciałem pozwolić mu zobaczyć niczego.
Bez uczuć, bez przywiązania. To by nas tylko zniszczyło.
-Nie przypuszczałem, że znasz podobne zaklęcia- mruknął, odwracając wzrok w stronę okna.
Pamiętam, jak wtedy zachwyciła mnie gra światła księżyca na jego włosach. Chciałem ich dotknąć – i dotknąłem. Zanurzyłem palce w tych miękkich kosmykach, przepuszczając je w dłoni, głaszcząc delikatnie. Spojrzał na mnie, zaskoczony, ale nie zareagował.
-No i?- spytał po niewygodnej chwili milczenia.
-Co: no i?
-Powiedziałeś już, że ci przykro. Co cię zatrzymuje?
Uśmiechnąłem się ponuro na te słowa, nie przestając przepuszczać jego włosów między palcami. Kiedy tak teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że to był najczulszy gest, jaki mu kiedykolwiek okazałem – to znaczy, do tamtej chwili
-Chcesz, żebym poszedł w diabły?- spytałem, tylko na pół-żartobliwie.
To, co odpowiedział, zmroziło mi krew w żyłach i przeszyło tysiącem kłujących igieł.
-Tak- szepnął, patrząc mi w oczy.- Chcę, żebyś odszedł.
Mój uśmiech zastygł na miejscu, ręka znieruchomiała. Nie pamiętam, czy wtedy oddychałem; chyba na jedną, krótką chwilę, na jedno uderzenie serca zapomniałem, jak to się robi.
-Naprawdę?- spytałem, kiedy w końcu jego słowa przeforsowały tamy niedowierzania i zaczęły pomału wsączać we mnie jad bezsilnej wściekłości.-Tak po prostu?
-Tak- odparł z prostotą.
-Po tym, co… czym byliśmy…
-Nie wiem, czym byliśmy, Potter- powiedział wtedy z dziwnym błyskiem w oczach.- Nie wiem, czym jesteśmy. Ale chcę, żebyś odszedł. I… nie chcę, żebyś wrócił.
Wyszedłem ze skrzydła szpitalnego, trzasnąwszy drzwiami.
Pewnie zastanawiasz się, co wtedy czułem? Dobre pytanie. Nie wiem. Chyba powinienem czuć żal, prawda? Smutek. Może rozpacz, a na pewno gniew. Cokolwiek. Tymczasem było tak, jakbym nie czuł nic. Tylko drętwe miejsce tam, gdzie zazwyczaj był Draco. Pusto. Co najwyżej delikatna sugestia chłodu, niczym oddech wiatru w zimowy poranek. A poza tym – nic.
Zupełnie, jakbym nagle stał się emocjonalnie upośledzony, odrętwiały.
Ale, co najdziwniejsze, nie czułem także nienawiści. Ona zniknęła, zabrały ją ze sobą tamte łzy, które już dawno wsiąkły w kamienie łazienki.
Tylko odrętwienie.

Parę dni później wygraliśmy mecz quidditcha i Puchar - tego właśnie wieczoru, kiedy wszedłem do Pokoju Wspólnego po szlabanie, kiedy wszyscy świętowali i kiedy przez jedną, wspaniałą chwilę nikt nie myślał o wojnie, pocałowałem po raz pierwszy Ginny Weasley.
Myślisz, że to było nie w porządku? Może. Prawdopodobnie. Byłem nie w porządku wobec Ginny, wobec Dracona, wobec siebie, ale wtedy jeszcze nie postrzegałem tego w ten sposób. Ginny wypełniła drętwe miejsce, wprowadziła wraz z sobą uśmiech. Wniosła ciepło tam, gdzie dotąd było tylko wspomnienie zimnych dłoni. Słodycz tam, gdzie pozostały ślady gorzkich pocałunków. Światło tam, gdzie dotąd była ciemna strona mrocznych korytarzy. Wreszcie – spokój zamiast nerwowych, burzliwych momentów, kiedy musiałem jednym uchem nasłuchiwać kroków.
Wydawało mi się, że to jest szczęście, że tak być powinno. W końcu przekonałem sam siebie, że nie chodziło tylko o przekorę, o buntowniczą reakcję na słowa: „Chcę, żebyś odszedł”. Że to było coś szczerego.
I było. W pewien dziwny, zakręcony sposób.
Dalsze wydarzenia sprawiły, że wspomnienia o Draconie zastąpiły koszmary, paranoiczne wizje, obawa o moich bliskich. A także pogłębiona nienawiść do Severusa Snape’a.
Nie wiesz – niby skąd masz wiedzieć? – co wydarzyło się tamtego pamiętnego dnia, dlaczego Dumbledore opuścił wtedy zamek ani co dokładnie miało miejsce na wieży astronomicznej. Tak naprawdę wiedziały o tym praktycznie trzy osoby; jedna z nich zmarła tamtej nocy.
Obiecałem sobie niczego nie pomijać, nawet tego ,co jest dla mnie najbardziej bolesne, i zamierzam dotrzymać tego przyrzeczenia… chociaż nie wyobrażam sobie, w jakie słowa mógłbym ubrać to wszystko, co targało mną tej przeklętej nocy. Najpierw jaskinia, poświęcenie Dumbledore’a. Znowu bierność. Moja rola ograniczała się tylko do tego, żeby przekonać go do picia tego paskudztwa – tej trucizny – która zalegała w misie i broniła dostępu do Horkruksa. I patrzyłem, przyglądałem się biernie, jak człowiek, który był dla mnie ojcem bardziej niż ktokolwiek inny, cierpi, krzyczy w bólu, ugina się pod ciężarem zadania, które – jak sobie beznadziejnie wmawiałem – powinno być przeznaczone dla mnie. Odganiałem inferiusy, wbrew sobie wpychałem więcej tego pieprzonego płynu w drżące, naznaczone wiekiem usta, jednocześnie w sercu krzycząc z rozpaczy. Nie mogłem na to patrzeć. Nie mogłem, nie mogłem. Nie mogłem tego wytrzymać.
Ale nie mogłem też nic zrobić – w końcu złożyłem przyrzeczenie, że nie będę go powstrzymywał, że nie przestanę.
I tak czas mijał, aż w końcu w misie nic już nie zostało. Nic. Żadnego Horkruksa, tylko tajemniczy list, podpisany inicjałami R. A. B. Jak się okazało, ktoś był tu już przed nami i usunął ten przeklęty przedmiot, zniszczył go. Ktoś, kto równie mocno nienawidził Voldemorta i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa już nie żył – tak wynikało z jego słów.
Wyobrażasz sobie moją wściekłość? Tyle cierpienia, tyle mąk, tyle zszarganych emocji, tyle łez – na próżno. Wyruszyliśmy na próżno, na próżno Dumbledore pił to przeklęte świństwo, na próżno tak się osłabił. Ale odkryliśmy jedno: było o jednego Horkruksa mniej.
Kiedy wróciliśmy do Hogsmeade, Dumbledore ledwo stał na nogach. Tak naprawdę to chyba tylko jego duma trzymała go w pozycji pionowej, a także chęć, żeby nie zdradzić się przede mną ze swoją słabością. Zawsze wiedziałem, że był wielkim człowiekiem i to było coś, co brałem za rzecz oczywistą. Ale wtedy, kiedy widziałem nadludzki wysiłek i słabość u niego, osoby, którą przywykłem już traktować jak swojego rodzaju nadczłowieka… chyba w tym momencie to, co wcześniej brałem za strach, przemieniło się w lodowatą bryłę przerażenia, gotową roztopić się w powódź paniki.
Mroczny Znak dryfował nad Hogwartem, uśmiechając się szyderczo w naszą stronę – takie przynajmniej miałem wtedy wrażenie.
Każdy, kto kiedykolwiek widział ten symbol, wie, jakie to uczucie, zna ten kamień, który blokuje gardło znienacka i nie pozwala oddychać, tą lodowatą pustkę, to pytanie, które wisi w powietrzu niczym tysiące maleńkich, ostrych szpilek. Ten, kto tego nie doświadczył, i tak nie zrozumie, więc po co choćby próbować opisywać?
Wylądowaliśmy na wieży astronomicznej, a Dumbledore okrył mnie peleryną-niewidką i sparaliżował w tej samej chwili, kiedy zaklęcie u drzwi pozbawiło go różdżki. Stary człowiek zachwiał się, oparł o parapet. Wtedy wszedł Draco Malfoy.
Miał zabić Dumbledore’a. To prawda. To fakt. Nie zamierzam podważać czegoś, czego podważyć się nie da. Był blisko. Był odpowiedzialny za ataki na Katie Bell i na Rona. Tylko przypadkiem, ale jednak. I stał tam, z różdżką wymierzoną w pierś pozbawionego broni największego czarodzieja naszych czasów, który w tamtej chwili był zredukowany do starego człowieka walczącego o oddech.
Ale nie słabego. Nie. Nawet w tych ostatnich momentach swojego życia, nawet po tym wszystkim, co przeszliśmy parę minut temu, on nie był słaby. To Draco był tym, któremu zabrakło sił. Oboje o tym wiedzieli.
Nie mógł tego zrobić. Nie był mordercą. Nawet, jeśli na szali ważyły się życia jego i jego rodziny, nie mógł tego zrobić. Dumbledore zaofiarował mu ochronę i może to przeważyło – Draco opuścił różdżkę, jeśli tylko o milimetry, ale wtedy właśnie wpadli śmierciożercy.
Być może stchórzył. To było bardzo prawdopodobne. Draco Malfoy nie był wojownikiem, nie – był tylko niedoświadczonym nastolatkiem, któremu świat zbyt szybko kazał dorosnąć. Prawdopodobnie był także tchórzem – a przynajmniej człowiekiem z wyobraźnią i zdrowym rozsądkiem. Takim żyje się o wiele trudniej, zwłaszcza w czasie wojny.
Ale nie mógł już nic zrobić – do wieży wparadowali śmierciożercy, razem z Fenrirem Greybackiem. Nie wiedzieli, co się stało, myśleli, że Draco ma wszystko pod kontrolą. Nie miał i po chwili nawet dla nich stało się to jasne. I wtedy na scenę wkroczył Severus Snape.
Widziałem, jak podchodzi do Dumbledore’a z wyciągniętą różdżką. Jak patrzy w jego oczy. Jak Dumbledore szepcze, tuż przy moim uchu, „Proszę…”. A potem było zielone światło, oczy rozszerzone nienawiścią naprzeciwko źrenic, które powoli traciły blask, powolny upadek, mój niemy krzyk. Ciało, które osunęło się na parapet, a potem w dół, w dół, w dół…
Nagle mogłem się ruszać i wtedy dopiero zdałem sobie sprawę z tego, czego właściwie byłem świadkiem. Severus Snape zabił Dumbledore’a. Snape. Dumbledore’a. Zabił go. Snape. Zabił. Snape. Dumbledore. Zabił.
To było wszystko, co w tamtej chwili pozostało w mojej głowie.
Rzuciłem się w pościg za Snape’em, który chwycił pod łokieć osłupiałego Malfoya. Widziałem ich sylwetki, jak obydwoje uciekają w dół, po schodach, korytarzem, gdzie ciągle rykoszetowały zaklęcia, potem w bok, jeszcze raz w bok, ku wyjściu…
Byłem świadomy walk naokoło mnie, plątaniny ludzi, zderzających się ze sobą zaklęć, krzyków. Reagowałem. Ale tak naprawdę mój umysł się zmienił; nabrał ostrości, jednego, spójnego kierunku. Po raz pierwszy w życiu wiedziałem, dokąd zmierzam i czego pragnę.
Pragnąłem śmierci Severusa Snape’a.
Uciekł, jak zapewne wiesz. Obydwoje uciekli. Tamtej nocy wszystko się zmieniło. Nie tylko dla mnie.
Potem było lizanie ran. Otrząsanie się z szoku. Powoli docierała do wszystkich świadomość tego, że Dumbledore nie żyje, że zabił go Severus Snape – człowiek, któremu zmarły dyrektor absolutnie, aż do końca, ufał. Że zamek nie jest już bezpieczny i że zabawa w szkołę nikomu już nic dobrego nie przyniesie. Że Horkruksy będą jedynym sposobem na powstrzymanie lawiny śmierci, która wkrótce miała zalać nas wszystkich.
W ciągu tego krótkiego czasu coś się we mnie przestawiło – jedno, proste kliknięcie, gdzieś głęboko, z dnia na dzień. I kiedy obudziłem się rano, dzień po pogrzebie Dumbledore’a, nagle zdałem sobie sprawę z tego, że jestem dorosły. I kiedy spojrzałem w lustro, nie patrzył na mnie chłopiec ze szkła. Patrzyłem na siebie ja sam.
Wtedy nie było już przed tym ucieczki.

* * *

Harry urwał.
Na zewnątrz już dawno zrobiło się ciemno, kawiarnia powoli pustoszała. Kelnerka zabrała ich puste kubki tak, że nawet tego nie zauważyli. Zielone oczy spoczęły na zegarku; siódma trzydzieści. Jak szybko to wszystko zleciało… jak łatwo przyszło zrelacjonowanie wydarzeń, które, jak mu się zdawało, zajmowały sobą całe wieki, całe mroczne, bolące w dalszym ciągu wieki…
-Co się stało potem? – spytała cicho Elsie; jej szept sugerował, że młoda dziennikarka znalazła się nagle w swoim własnym, prywatnym sanktuarium. – Z tobą? Z Malfoyem? Z… tym wszystkim?
Harry spojrzał na nią, nagle niesamowicie wręcz zmęczony.
-Powinienem już iść – powiedział cicho, uśmiechając się powoli. – Już późno. Jestem pewien, że obydwoje mamy dużo do zrobienia.
-Nie możesz tu skończyć! – otrząsnęła się Whitman, gorączkowo zaciskając ręce na swojej torebce. – Nie teraz! Nie w ten sposób!
-Spokojnie – uśmiech zrobił się odrobinę cieplejszy. – Nie powiedziałem przecież, że to koniec, prawda? Znalazłabyś może czas dla mnie w przyszłym tygodniu? Tego samego dnia, o tej samej porze? Tutaj?
Twarz dziennikarki przez chwilę pozostawała nieruchoma, a po chwili rozjaśniła się, jak gdyby jej własne, prywatne słońce raptownie przebiło się przez chmury.
-Naturalnie… Harry! Będę zaszczycona! Ee… czy nie można by może zorganizować tego troszkę szybciej? Na przykład jutro?
Ale Harry już wstał i grzebał w swoim portfelu, żeby zapłacić rachunek.
-W przyszłym tygodniu, Elsie – powiedział krótko, zostawiając na stole parę monet. – Do zobaczenia.
Skinął głową oniemiałej kobiecie, podziękował za herbatę i ruszył w stronę drzwi. Po chwili połknęła go ciemność i chłód na zewnątrz.
Lekko zadzwonił dzwonek.



skomentuj (8)




2006-08-24 19:36:16 >> "Gdy gra fortepian"

Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, że napisałam coś z Draconem i Ronem. Chyba pod wpływem genialnego fika Icarusa, "Sex, drugs and death-eater rock" (który polecam KAŻDEMU, nawet, jeśli nie lubicie tego pairingu- tylko uwaga na mocny erotyzm i przekleństwa). Swoją drogą, całkiem lubię tą parkę- chyba za jej oryginalnośc i równą "nieprawdopodobnośc", co Harry/Draco. A zarzut, że Ron tu nie pasuje... cóż, może i racja. Ale chciałam mu dac jakiś większy moment, bo bardzo lubię tego bohatera. I koniec historii :)

Ron uniósł się gwałtownie na poduszkach, po czym rozbieganym i zaszklonym spojrzeniem obrzucił dormitorium Gryfonów. Było wpół do pierwszej w nocy. Ciemności objęły pokój w swe władanie, obejmując go i wypełniając sobą niczym gęsty, czarny syrop. Leniwe, nikłe światło księżycowego sierpa rzucało widmową i migotliwą, srebrną smugę na dywan, nadając ciemnościom nowy, głębszy wymiar. Światło nie rozwiewało ciemności. Ono sprawiało jedynie, że mrok był wyraźniejszy.
Panowała także cisza, zakłócana jedynie miarowymi oddechami śpiących lokatorów.
Jednak Ron słyszał muzykę.
Czy to był sen? Nie, to niemożliwe, to nie mógł być sen, to było zbyt prawdziwe… A może jednak…? Jak to wytłumaczyć? Nie wiedział. Jak mógł wytłumaczyć sobie wizję, w której tańczył z kimś na samym środku Wielkiej Sali, ciemnej, pustej, wypełnionej muzyką graną z nikąd? To wydawało się takie prawdziwe… Z kim tańczył?
Nie mógł sobie przypomnieć. Im usilniej się starał, obraz błyszczący mu w pamięci jak najjaśniejsza gwiazda blaknął, rozmywał się i znikał, niczym dawno nieodkurzane wspomnienie. Nadal czuł ciepło tej osoby, przytulonej do niego ciasno, dotyk jej palców w swojej dłoni, dziwne podniecenie, wypełniające sobą jego całego… Czuł tego kogoś w swoich ramionach, a było to podobne do obejmowania zjawy, która rozwieje się przy najmniejszym ruchu.
Ale nie pamiętał twarzy.
Wstał, nie bardzo wiedząc, co robi, wykonując kolejne ruchy niczym lunatyk. W sennym transie sięgnął pod łóżko Harry’ego i wyjął z kufra przyjaciela pelerynę-niewidkę.
Musiał to sprawdzić. Musiał za wszelką cenę przekonać się, że to, co widział to tylko sen. Musiał pójść do Wielkiej Sali, bo inaczej to wspomnienie będzie prześladować go do końca życia. Czuł, że jakaś ukryta, niewidzialna siła ciągnie go tam, woła, a on nie miał dość siły, by się przeciwstawić. I wcale nie chciał stawiać oporu.
Cicho, starając się robić jak najmniej hałasu, Ron sunął przez uśpione korytarze pod bezpiecznym schronieniem peleryny, a zamek należał tylko do niego. On jednak nie myślał o tym-całe jego myśli dryfowały wokół tej tajemniczej osoby z jego snu, niczym planety wokół Słońca. Instynktownie wiedział, że to nie był zwykły sen, i że w Wielkiej Sali czeka na niego odpowiedź.
W końcu stanął przed wielkimi, mahoniowymi wrotami, prowadzącymi do ośrodka życia uczniowskiego Hogwartu. Z sercem bijącym gwałtownie i wyrywającym się niczym dziki pies na uwięzi, chłopak pchnął nieznacznie jedno skrzydło i wsunął się do środka.
Po czym wstrzymał oddech, nie dowierzając własnym oczom.
Wielka Sala wyglądała dokładnie tak, jak w jego wizji; stoły były odsunięte na boki pod ścianami, księżycowe światło wlewało się mistycznie przez ogromne, gotyckie okna, sufit w górze rozgwieżdżony był niczym kurz na niebiańskiej powłoce, w powietrzu unosiły się nieliczne świece, których drgające płomyki rzucały chybotliwe światło na wnętrze.
No i muzyka.
Zdawało się, że panuje przytłaczająca, wszechobecna cisza, ale Ron słyszał słodkie, pełne dziwnej melancholii dźwięki fortepianu wygrywające piękną, tęskną melodię, wypełniającą bezpośrednio jego duszę bez przechodzenia przez uszy.
To musiała być jakaś magia. Nie było innego wytłumaczenia.
Chłopak wolno podreptał ku stołom i usiadł na jednym z nich, podkulając kolana pod brodę. Zamierzał tu siedzieć, czekać tak długo, jak to konieczne. Czuł, że niedługo zjawi się odpowiedź. Że zjawi się ten ktoś.
Minęło pięć minut. Dziesięć. Piętnaście. Pół godziny. Czterdzieści pięć minut. Wybiła druga, a Ron wciąż czekał, nie czując ani senności, ani zimna, ani znużenia, tylko niepokój i podniecenie stworzone oczekiwaniem. Minuta po drugiej…
Nagle serce Gryfona drgnęło jak membrana na głośniku; drzwi otworzyły się powoli z charakterystycznym zgrzytem. Do środka wsunęła się, dyskretnie i bezszelestnie, ciemna postać. Stanęła w kręgu światła rzucanym przez księżyc i wtedy Ron dostrzegł, że ma na sobie ciemną pelerynę i kaptur zarzucony na twarz, zapewne po to, aby jej nie przyłapano. Rudowłosy chłopak wstał cicho, ledwo panując nad oddechem, i ostrożnie zbliżył się do gościa, rozglądającego się na boki. Stanął za plecami postaci, tak blisko, że wystarczyło nieznacznie podnieść rękę, aby ściągnąć jej kaptur z głowy. Jednak nie musiał tego robić; przybysz powoli uniósł ręce, smukłe i blade niczym świeży śnieg, i zdjął z twarzy przykrycie, nie odwracając się.
-Kto tu jest?- spytał Draco Malfoy, a jego szept wibrował od słabo skrywanej niepewności-Wiem, że stoisz za mną. Czuję twój oddech. Kim jesteś?
Ron nie odpowiedział. W jego umyśle powstał chaos. Malfoy?! Skąd on się tu wziął? Po co tu przyszedł? Czy to możliwe, żeby to on…?
Tak. Nagle cała nienawiść, jaką żywił do Ślizgona, zniknęła niczym wymazana gumką. Zastąpiona została czymś innym, czymś równie intensywnym i potężnym, ale odwrotnym i przyjemniejszym… Ron sam obawiał się tego nazwać. Ale teraz był już dziwnie pewny-To Draco Malfoy był jego partnerem w tym tańcu. A teraz… Teraz ten taniec ma się spełnić.
Zrzucił z siebie pelerynę i pozwolił, żeby opadła mu do stóp z jedwabistym szelestem. Zbliżył się do Malfoya i wyciągnął nieznacznie rękę, przesuwając dłonią wzdłuż jego szyi ku twarzy. Draco przechylił nieco głowę, robiąc mu lepszy dostęp; Ron wyraźnie słyszał nagłe przyspieszenie w oddechu blondyna.
Dopiero wtedy Draco odwrócił się powoli i stanął na wprost Rona, patrząc mu w oczy. Jego twarzy przybrała wyraz zaskoczenia, a wówczas Rona uderzyło po raz pierwszy, jaki Malfoy był piękny.
Nikła księżycowa poświata padała wprost na jego srebrno-blond włosy, igrając w nich i nadając mistyczny, widmowy wygląd. Blada skóra Ślizgona lśniła jakby wewnętrznym blaskiem w nikłym oświetleniu, a jego oczy, łagodnie teraz rozszerzone, lśniły srebrnymi iskrami, odbijając w sobie blask gwiazd. Ron wstrzymał oddech. Draco wyglądał niby piękna, nierealna zjawa, mistyczna istota prosto z nieba, która za chwilę może się rozwiać.
Niczym anioł.
Gryfona ogarnęła przemożna chęć złapania go, porwania w swoje ramiona, żeby nigdy nie wypuścić.
-Weasley?- spytał Draco cicho.
-Malfoy- głos Rona lekko zadrżał.
-Dlaczego tu jesteś?
-Z tego samego powodu, co ty.
-Ale… to niemożliwe…
-Słyszysz muzykę?- spytał nagle Ron, ponownie unosząc dłoń i muskając delikatnie twarz Dracona, który lekko zmrużył oczy pod jego dotykiem-Słyszysz tą melodię?
Jego palec spoczął na chwilę na ustach Dracona, Ten, bezwiednie, nieznacznie je rozchylił. Ron ledwo stłumił dreszcze.
-Tak… słyszę. Dlatego tu przyszedłem.
-Dziwna jest ta noc.
-Owszem. Taka jakby… magiczna. Wszystko wydaje się inne. Ty wydajesz się inny.
-Jaki?- Ron zbliżył się jeszcze bardziej, jakby przyciągany magnetyczną siłą.
-Taki… bliski. I taki… ciepły. To nie powinno tak być.
-Owszem. Ale jest.
-Tak…
Patrzyli sobie w oczy przedłużającą się chwilę, po czym Ron w końcu zaczerpnął oddechu, pochylił się nad Draconem i wyszeptał cicho w jego ucho:
-Chcesz zatańczyć?
Ślizgon lekko skinął głową.
Ron powoli przysunął go do siebie tak blisko, jakby chciał zabić w ten sposób i zdusić wszystko, co dotąd ich rozdzielało, i objął Dracona w talii. Malfoy otoczył ramionami jego szyję i ułożył głowę na jego ramieniu, oddając się Gryfonowi całkowicie. Ron zrobił pierwszy krok, najpierw niepewnie-nie umiał tańczyć. Lecz po chwili nie miało to żadnego znaczenia; jego ciało zaczęło poruszać się samo, w rytm nieistniejącej melodii wygrywanej echem na fortepianie ich własnych umysłów.
Rozpoczęli taniec.
Ta chwila wypełniona była magią, ale nie tą, jaką można usidlić, zamknąć w formułach zaklęć, uwięzić na kartach ksiąg. Ta magia była zupełnie inna. Magia stworzona kontaktem dwóch ludzi, którzy normalnie pozabijaliby się przy każdej okazji. Magia stworzona tym tańcem, tańcem dwóch wrogów, kiedy nienawiść znika, zastąpiona swoją bliźniaczą siostrą-która jest tym samym, tylko silniej. Magia, która trwała na świecie długo przed pierwszym rozpaleniem ogniska. Magia uczucia.
Czas mijał. Płomyki świec powoli się dopalały, jeden po drugim, symbolizując nadejście nieuniknionego. Księżyc na przemian przysłaniały i odkrywały chmury, niczym kurtyny na scenie, okrywając swoim całunem lub ujawniając światu czułą parę. Tańczący zatracili się w chwili, pozwolili się unieść i dryfowali na jej powierzchni jak rozbitkowie szukający ukojenia. Zgubili drogę do rzeczywistości, zamknęli się bezwiednie w swoim własnym świecie, w którym nie istniało nic poza ich tańcem i słodkim smutkiem fortepianowego walca. Przez moment wydawało im się, że czas się zatrzymał, że mogą tak już przetańczyć całą wieczność w ciasnym splocie ramion, palców, w ciepłym dotyku twarzy.
Jakże łatwo ulec złudzeniom.
Ron, ułożywszy głowę na miękkiej i gładkiej poduszce puszystych włosów partnera, zwolnił nieco tempo i podniósł ramiona, pozwalając im opaść na ramionach Dracona. Malfoy zareagował natychmiast, ocierając się pod jego dłońmi powoli i z gracją, niczym kot. Uniósł nieznacznie twarz i spojrzał Ronowi w oczy, dogłębnie, intensywnie, wymownie. Gryfonowi zdało się, że blondyn widzi na wskroś niego samego, że zagląda mu wprost w jego duszę, w najgłębsze zakamarki serca. Oboje byli już pewni. Wyzbyli się wszystkich wątpliwości. Pozostało tylko dopełnić własnej zguby…
Oczy obydwu zamknęły się w tym samym czasie, kiedy ich usta spotkały się ze sobą w milczącej deklaracji miłości. Najpierw nieśmiały szept, chłopięce rumieńce, kiedy po raz pierwszy wymawiasz to słowo. Przeprosiny, wyjaśnienia, wybaczenie wszystkich błędów i słów rzucanych przez maski. Następnie rosnąca pasja, stopniowana i dozowana w coraz większych ilościach, by w końcu wywrzeszczeć na całe gardło i całemu światu uczucia odbijane dotąd w lustrach własnych dusz.
To wszystko wypowiedziane w jednym pocałunku.
Przerwali, spojrzeli sobie na powrót w oczy. Każdy z nich, z półotwartymi ustami, wpatrywał się w drugiego. Każdy z nich miał milion słów do powiedzenia. Każdy z nich nie wiedział, od czego zacząć i jak ubrać w słowa coś, co wymykało im się z rąk przez te wszystkie lata. Każdy z nich zrezygnował ze słów, zastępując je czymś znacznie lepszym: czynem.
Ostatnie ze świec dopalały się, ustępując swoim blaskiem wschodzącym promieniom słońca…


Następnego dnia, na lekcji Opieki nad Magicznymi Stworzeniami:
-Uważaj, gdzie idziesz, Weasley… Chodź rozumiem, że czystość innych szat może cię oślepiać.
-To nie żadna „czystość”, Malfoy, to ten wasz smród.
-Masz na myśli mydło?
-Nie, mam na myśli wasze charaktery.
-Wolę mieć mój charakter z niewyczuwalna wonią niż szaty, od których cuchnie na kilometr.
-Chodź, Ron, zostaw go, niech sobie gada…
Przeznaczenie chodzi dziwnymi drogami. I choć jego melodia może przełamać rzeczywistość i jej bariery, to tylko na jedną noc… Niektóre rzeczy po prostu muszą pozostać niezmienione.
To był tylko sen.
Tylko sen.
W oddali cichnie fortepian…




skomentuj (4)




2006-08-24 19:32:16 >> "Śmierciożerca"

Jakim cudem powstał ten fik...? Nawet nie pamiętam. Wiem, że miało to dużo wspólnego z piosenką "Hello" i moim paskudnym nastrojem. Aha, chciałam jeszcze pokazac relacje H/D bez przesładzania, bez... utartych yaoicowych schematów? A także nieco usprawiedliwic Dracona, ale te pomysły są dopiero zalażkiem "psychologicznej" teorii, którą rozwinęłam w "Szedłeś tylko swoją drogą...". Czym zatem jest "Śmierciożerca"? Ot, takim sobie fikem, który powstał pod wpływem chwili. Nic wybitnego. Ale i tak go lubię.

Była jesień. Ponura, melancholijna jesień. Taka jesień zazwyczaj napada człowieka w najmniej oczekiwanym momencie i każe mu snuć się samotnie wśród opadłych liści, ogołoconych drzew i opuszczonych miejsc, rozmyślając nad sprawami, które nagle wydawały się godzić w pierś niczym dębowy pień.
Harry Potter, okryty sławą Chłopiec, Który Przeżył, ten legendarny młodzieniec, który w dziewiętnastu latach swojego życia dokonał więcej niż tuzin dowolnych innych czarodziejów razem wziętych, poddał się jesiennej depresji. Dość już miał siedzenia w tym ponurym, straszliwie cichym i opuszczonym domu nr 12 przy Grimmauld Place, gdzie cisza eksplodowała w uszach, nuda była wszechogarniająca i przykrywała całunem obojętności jak zwłoki w trumnie, a samotność zdawała się wżerać prosto w trzewia i wiercić dziurę od środka.
Nie mógł już tam wytrzymać, całkiem sam...
Spacerował powoli, z rozpiętym płaszczem, smagany przejmującym jesiennym wiatrem. Skierował swe kroki ku cmentarzowi niedaleko domu Blacków, który od roku był jego własnym. Szedł tam bezwiednie; nogi wlokły się same, bo ich właściciel pozwalał beznadziei i żałości pożerać swój umysł i było mu już prawie wszystko obojętne. Zamieniał się powoli w najzwyklejszą, bardzo nieszczęśliwą lalkę.
W pojedynku, mającym miejsce rok temu, pokonał Lorda Voldemorta. Jednak cena, którą czarodzieje musieli zapłacić za to zwycięstwo, była ogromna-w tej samej bitwie zginęło mnóstwo ludzi.
Ron, Hermiona, Ginny, Neville, Hagrid, wszyscy inni... polegli, prawie wszyscy podczas prób ratowania Harry'ego. Dzięki ich poświęceniu udało się pokonać Voldemorta, ale na dobrą sprawę nie rozwiązywało to niczego, bo machina wojenna była już uruchomiona; pozbawieni przywódcy śmierciożercy walczyli nadal i nic nie wskazywało na to, że wkrótce zechcą się poddać.
Jednak Harry'emu było to prawie obojętne-teraz był już sam, całkowicie i przejmująco sam...
Nagle zapragnął odwiedzić groby swoich przyjaciół, porozmawiać z nimi w samotności, jak robił to ostatnio często. Oczywiście, nie otrzymywał od nich odpowiedzi, ale był to jedyny dla chłopaka sposób, by poczuć ich namiastkę, nawet tak lichą...
Dlatego poczuł się niemile zaskoczony, kiedy odkrył, że na zazwyczaj opuszczonym cmentarzu ktoś już jest, i to przy grobach Rona i Hermiony. Już miał odejść, kiedy nagle silny podmuch wiatru mało go nie wywrócił. Przyniósł ze sobą jakiś cichy, smutny głos... Harry uświadomił sobie, że to nieznajomy mówi coś do siebie. Podszedł trochę bliżej i przypatrzył mu się. Zdecydowanie było w tej postaci coś znajomego... Mężczyzna stał odwrócony do Harry'ego tyłem. Sięgające ramion, srebrzyste blond włosy opadały mu luźno na plecy przykryte długim, czarnym płaszczem ze skóry. Stał wysoki, wyprostowany, a w jego sylwetce było coś swojskiego, coś tak znajomego... to coś przywodziło Harry'emu na myśl dawne, szkolne lata w Hogwarcie...
Nagle go olśniło. Czyżby to... Czy to w ogóle możliwe...?
Nie widział Dracona Malfoya od ponad trzech lat. Na szóstym roku Malfoy nie wrócił do Hogwartu, ale Harry słyszał, jak Ślizgoni czytają na głos jego list; według ich słów Draco wyjechał na dalszą edukację do Bułgarii, do Durmstrangu. Na siódmym roku także nie powrócił. Potem Harry słyszał o nim jedynie jako o wyjątkowo aktywnym śmierciożercy- podobno zabił mnóstwo ludzi i był typowany na potencjalnego następcę Voldemorta. Jednak Harry nigdy nie spotkał go w żadnej z bitew. A teraz, po tych trzech latach...
-Malfoy!- krzyknął Harry, ale niezbyt głośno, i podszedł bliżej.
Chłopak odwrócił się i Harry zobaczył jego twarz- tak, to musiał być ten sam Draco Malfoy. Te włosy, blada twarz o ostrych, wyrazistych rysach, głębokie, przejmujące chłodem srebrzyste oczy... Był znacznie wyższy i szczuplejszy, poza tym zapuścił włosy do ramion. Coś się zmieniło w jego twarzy i spojrzeniu; zniknęło z nich szczeniackie lekceważenie, zastąpione przez dojrzałe i wnikliwe wejrzenie człowieka, który widział już wszystko.
Jednak to wciąż był ten sam Draco: na widok Harry'ego uśmiechnął się tym samym pogardliwym grymasem, którym obdarzał go przez te pięć wspólnych lat w Hogwarcie.
-Potter? No proszę, kto by przypuszczał, że się tu spotkamy...-powiedział spokojnie, odwracając się całkiem w kierunku Harry'ego i robiąc parę kroków wprzód-Co u ciebie?
Harry spojrzał na niego jak na wariata: minęły trzy lata, pełne walki, śmierci i nieszczęść, Harry tyle razy ocierał się o śmierć, stracił wszystkich bliskich mu ludzi, Malfoy drugie tyle pozabijał, a teraz pyta się najzwyczajniej w świecie "Co u ciebie?" jakby od ich ostatniego spotkania minął zaledwie tydzień!
-Sporo się zmieniłeś...-ciągnął Draco z nieodgadnioną miną.
-Co ty tu robisz, Malfoy?- wycedził Harry, nieznacznym ruchem sięgając po różdżkę ukrytą w kieszeni płaszcza.
Draco stanął w miejscu.
-Wróciłem do domu. Czy to takie dziwne? Słyszałem, że leży tu profesor Snape... Chciałem go odwiedzić.
Tyle lat minęło od ukończenia szkoły, a Malfoy wciąż mówił o zmarłym Snape'ie per "profesor"?
-Nie nabierzesz mnie na te gadki, parszywy śmierciożerco!- szepnął Harry, zaciskając palce na różdżce wciąż schowanej w kieszeni.
Malfoy nawet nie drgnął, choć wyraz jego oczu zmienił się. Harry dostrzegł w nich coś na kształt... bólu. Ponownie zerwał się wiatr, liście zawirowały między stojącymi nieruchomo mężczyznami. Nie spuszczali z siebie wzroku. Nagle twarz Dracona wykrzywił uśmiech, ale Harry nigdy w swoim życiu nie widział podobnie wyzutego z cienia wesołości, desperacko spokojnego, przejmującego uśmiechu jak ten. Nie był to uśmiech przyjazny. Był to spokojny, wyprany z emocji uśmiech człowieka, którego jeden maleńki krok dzieli od samobójstwa.
-Masz rację, Potter, jestem śmierciożercą. Pożeraczem śmierci. Mordercą.-powiedział cicho, głosem na pozór spokojnym, choć wprawne ucho zapewne wyłapałoby delikatną sugestię drgania.
-Przyszedłeś tu po mnie, zgadłem?- spytał Harry tonem domysłu.
-Po ciebie, Potter? Nie. Czemu miałbym przychodzić tu po ciebie?
-Przecież zabiłem Voldemorta!
-To nie ma dla mnie znaczenia. To tylko jeszcze jeden trup. Mój ojciec nie żyje, matka też... Profesor Snape... Blaise... Moi przyjaciele nie są już tymi samymi ludźmi. My też, Potter. Nikt nie jest już tą samą osobą, co w Hogwarcie. Mój Boże... zdaje mi się, że całe wieki upłynęły, odkąd ostatnim razem spacerowałem po szkolnym korytarzu. Odkąd ostatnim razem grałem przeciw tobie w quidditcha.
-Ciągle gramy, Malfoy. Tylko zasady lekko się zmieniły.
-Istotnie. I co teraz? Aresztujesz mnie, aurorze? Zabijesz? Przecież to tylko gra, jak sam mówiłeś. Wykonaj więc swój następny ruch.
Harry zawahał się. Miał przed sobą śmierciożercę. Mordercę. Powinien go aresztować lub, jeśli będzie walczył, zabić. Miał przed sobą Dracona Malfoya, którego od pierwszej klasy najchętniej oglądałby rozsmarowanego na torach kolejowych. A teraz, kiedy miał szansę... Nie chciał go atakować. Tak naprawdę było mu już wszystko obojętne. Malfoy był chyba ostatnią znajomą twarzą, ostatnim hogwarckim rówieśnikiem, którego twarz nie zastygła w wiecznym bezruchu...
Powoli, bardzo powoli, wyjął różdżkę i wycelował ją w pierś śmierciożercy. Ręka mu nie drgała.
Draco pochylił nieco głowę, jakby w zachęcającym geście.
-Malfoy... Dlaczego?- wyrwał się Harry'emu cichy szept; chłopiec poczuł, jak w jego oczach powoli gromadzi się wilgoć.
Blondyn utkwił w nim nieruchome, spokojne spojrzenie.
-Czasami, Potter... ludzie nie mają wyboru. Robiłem tylko to, czego ludzie się po mnie spodziewali. Ty też się tego po mnie spodziewałeś. Niektórzy po prostu nie mają przywileju wybierania sobie drogi. Ty też go nie miałeś. Obydwaj graliśmy wyznaczone nam role jak najlepiej, a dziś... któryś z nas odegra swój ostatni występ.
Wyciągnął swoją różdżkę i wycelował w Harry'ego niczym czarny, lśniący miecz. Harry poczuł ukłucie w gardle. Nie chciał tego robić... Naprawdę nie chciał ponownie zabijać. Nienawidził być do tego zmuszany. Zabijając morderców, myślał, sam w końcu się nim stałem. Jakie więc mam prawo do osądzania ich? Czy dobre intencje usprawiedliwiają mord?
Długo stali naprzeciw siebie, patrząc sobie nieruchomo w oczy. W końcu Malfoy powoli otworzył usta, ale Harry był szybszy. Wypuścił zaklęcie, które odepchnęło Malfoya o dobrych parę sążni; blondyn uderzył w pobliskie drzewo i osunął się wolno na znajdujący się pod nim grób. Harry podbiegł do niego i przytknął mu różdżkę do piersi drżąca ręką. Nie mógł już powstrzymać łez, które cisnęły mu się do oczu.
-To nie musi się tak skończyć, Draco- powiedział cicho-Naprawdę nie musi... Oboje zostaliśmy sami...
-O czym ty mówisz-przerwał mu Draco; uśmiechał się do niego spokojnie, nawet przyjaźnie-pierwszy raz od ich pierwszego spotkania w sklepie u Madame Malkin. Z czoła ciekła mu stróżka krwi.-Nie można już nic zmienić, można jedynie iść naprzód. Tylko że... dla mnie już droga skończona.
-Nie, wcale nie, możemy...
-Harry. Popatrz na moje dłonie. Cały czas widzę na nich plamy krwi. Nie zmyję ich, ale już nie potrafię żyć ze świadomością tych wszystkich ludzi, których pozbawiłem życia tylko dlatego, żeby zagrać swoją rolę. Właśnie to sobie uświadomiłem i dlatego przyjechałem tutaj. Do ciebie. Żeby cię zobaczyć, żeby z tobą porozmawiać... Żeby pozwolić ci wreszcie się zemścić.
-Ale Draco, ja...
-Nawet nie wiesz, jak dobrze się poczułem, kiedy cię wreszcie zobaczyłem, po tylu latach... Jak dobrze jest widzieć znajomą twarz, nawet twarz wroga...
-Przestań!
-Jesteś aurorem, a ja śmierciożercą. Czyń swoją powinność. Przecież wiem, że zawsze chciałeś to zrobić. Czemu miałbyś się teraz zawahać?
Harry nie mógł już tego słuchać. Zacisnął palce jeszcze mocniej, aż zbielały mu kostki. Draco miał rację. Musiał to zrobić. Tylko dlaczego... Dlaczego to on zawsze musiał być bohaterem, zwycięzcą? Dlaczego nie mógł być teraz na miejscu Malfoya? Popatrzył głęboko w niegdyś lśniące, teraz puste, szare oczy śmierciożercy i nie znalazł tam nic, tylko pustkę, beznadziejną pustkę...
-Nienawidzę cię- wychrypiał bardzo cicho-Naprawdę cię nienawidzę.
-Wiem. Dlatego zrób to. Ulżyj sobie, ulżyj... mi.
Harry podniósł głowę. Opanował się. Powziął decyzję. Przycisnął różdżkę mocniej do piersi wroga, który wciąż uśmiechał się spokojnie.
-Dziękuję-szepnął tak cicho, że Harry ledwo go dosłyszał. Zamknął oczy.
-Avada Kedavra.
Zawiał wiatr, liście podniosły się do tańca, potem zaległa cisza... Przejmująca cisza... Cisza, po której nic już nie ma.

skomentuj (1)




2006-08-24 19:27:51 >> "Bohater niczyj"

Ech... doskonale pamiętam genezę tego utworu :) Goldi podeszła do mnie z pretensją i oświadczyła, że dosyc już tych fików koncentrujących się tylko na Draconie i na tym, jak umiera. Oświadczyła, że MAM jej napisac coś, gdzie umiera Harry. No i napisałam, specjalnie dla niej, moje pierwsze opowiadanie na zamówienie (oprócz tych szkolnych ;)). Goldi, co ja bym bez Ciebie zrobiła...?

Świeca przy oknie powoli się dopalała, rzucając na ciemne ściany migotliwe i tańczące cienie. Noc była pogodna, gwiazdy świeciły jasno i gęsto, migocząc tysiącem rozsypanych po niebie światełek jak kurz na podłodze Stwórcy. Połówka księżyca wyglądała na świat zza pojedynczych, błąkających się po atramentowym niebie chmur. Rzucała swoje srebrzyste światło na dachy licznych domków, zaglądając im do okien.
Nic nie wskazywało na to, że ta noc miałaby być szczególna.
A jednak była.
Harry Potter westchnął cicho i-opatulony w pled zrobiony ręcznie przez wiecznie troskliwą panią Weasley- podszedł do drewnianego biurka i wyjął zapałki. Poprzednia świeca wypaliła się całkowicie, więc młodzieniec wyjął z szuflady kolejną i postawił na jej miejsce. Popatrzył na trzymane w ręku pudełko zapałek... i schował je do kieszeni.
Zamiast tego wyjął różdżkę i przyłożył do knota.
-Incendio- powiedział cicho i po chwili pokój wypełniło nikłe światełko.
Chłopak usiadł przy biurku i wyjął z szuflady plik pergaminu i pióro. Zamoczył koniuszek pióra w kałamarzu, przyłożył do pergaminu... i zawahał się.
Co właściwie mógł napisać? Do kogo? Do Ginny? Najlepiej w ogóle nie dawać jej żadnych znaków, po tym, jak odrzucił jej wyznanie... Lepiej nie... Do Rona? Hermiony? Oboje leżeli już parę stóp pod ziemią na pobliskim cmentarzu. Zginęli podczas misji uwolnienia więźniów podczas ich transportu do Lanchester... Największa porażka Zakonu do tej pory. Eksplozja była straszna. Dobrze, że chociaż poznajdowali ciała.
Zadrżał. Na wspomnienie przyjaciół jego oczy zaszkliły się lekko, ale nie spadła z nich żadna łza. Harry wątpił, czy w ogóle zostały mu jeszcze jakieś łzy. Okropieństwa wojny zrobiły swoje. Nie potrafił już płakać. Nie potrafił już współczuć. Nie potrafił się uśmiechać. Potrafił tylko gorzko żałować. Trwał w okrutnym, bezdusznym otępieniu. Otępieniu, z którego już tylko maleńki kroczek dzieli człowieka od szaleństwa.
Nie chciał być bohaterem. Nie zostawili mu żadnego wyboru. Po prostu robił to, co uważał za słuszne, starał się przeżyć swoje życie najlepiej, jak umiał... i nienawidził się za to. To właśnie ściągnęło na niego odpowiedzialność. Ludzie zaczynali patrzeć na niego wyczekująco, jakby on zawsze wiedział, co robić. Jakby był ostoją bezpieczeństwa.
A on miał rozpaczliwą ochotę na przekór wszystkim rzucić się pod pociąg.
Już nie był nikomu potrzebny jako człowiek. Zaczynali go traktować jak narzędzie. Jak mebel. Nikt nie przejmował się nim bo wszyscy zakładali, że będzie na miejscu, jeśli okaże się potrzebny. I prawdopodobnie tak będzie.
Był im potrzebny jako broń. Jako Chłopiec, Który Przeżył. Nie jako Harry Potter. Jedyne osoby, które widziały w nim zagubionego chłopca, leżały teraz pod ziemią albo były gdzieś zaginione. Oprócz Ginny, ale ona także traktowała go z taką pewnością... W zasadzie to nie miał już nawet do kogo pisać. Był sam w domu pełnym ludzi. Ale jednak sam.
Co za ironia, pomyślał sarkastycznie. Bohater potrzebny, a jednak niewidzialny. Część umeblowania. Bohater samotny. Bohater niczyj.
I wtedy jego zdradzieckie myśli pofrunęły ku komuś innemu, kto na pewno nie uważał go za bohatera... Kto widział w nim tylko tandetnego gówniarza, pragnącego zwrócić na siebie uwagę... Kto nie patrzył na niego jak na bohatera... Kto traktował go z nieukrywaną niechęcią...
Pochylił się nad pergaminem i zaczął pisać. Noc za otwartym oknem robiła się coraz ciemniejsza, gasły światła w sąsiednich domach. Było niemal idealnie cicho. Mijał czas. W końcu Harry postawił kropkę po ostatnim zdaniu i odchylił się na krześle do tyłu. Jego wzrok odruchowo spoczął na świecy. Jej płomyk lekko zachybotał, być może od wiatru, ale przecież nie było żadnego wiatru na dworze...
Za jego plecami nie rozległ się żaden dźwięk. Panowała cisza, ale była to cisza, którą zazwyczaj powodują ludzie nie wydający żadnego dźwięku. Cisza ruchoma. Cisza, przy której stąpanie kota wydawało się orkiestrą dętą. Cisza ostrożna.
Nie odwracając głowy, Harry odchylił się mocniej na krześle.
-Sie ma, Malfoy- rzucił nonszalancko.
Za jego plecami rozległ się świst, jakby ktoś wypuścił wstrzymywane długo powietrze.
-Spodziewałeś się mnie?
-Nie, ale znam tylko jedną osobę, która porusza się ciszej od kota.
I z większą gracją, dodał w myślach.
Wstał i spojrzał na wysoką postać w obcisłym stroju z czarnego jedwabiu. Uśmiechnął się pod nosem. Jedwab był nie tylko bardzo elegancki-nie szeleścił podczas ruchów. Postać odrzuciła do tyłu kaptur i zdjęła maskę, zakrywającą jej usta i nos.
I wtedy, na widok znajomej, wykrzywionej ponurym uśmiechem twarzy, na widok tak dobrze znanych, zimnych, stalowoszarych oczu, Harry zrobił coś, o czym myślał, że dawno zapomniał, jak to się robi: uśmiechnął się. Był to spokojny uśmiech człowieka, który wie, co za chwilę go czeka i przyjmie to z wdzięczną ulgą.
-Jak sobie radzisz?- spytał Harry cicho, opierając się plecami o poręcz krzesła i patrząc na Malfoya spokojnie.
-Całkiem całkiem. Trzeba jakoś żyć, sam rozumiesz-odparł Draco równie spokojnie, chowając do buta krótki nóż do rzucania, który poprzednio podrzucał w dłoni.
-Jesteś skrytobójcą Voldemorta, prawda? Musisz być dobry...
-Ludzie żyją najlepiej, jak potrafią. Albo najdłużej. Sam wiesz.
-Dziwię się tylko, że jeszcze oddycham.
-Taryfa ulgowa. Nie chciałem, żebyś umarł nieświadomie. Zazwyczaj nie rozmawiam z... klientami... ale ty jesteś wyjątkiem. Od dawna chciałem cię zabić, Potter. A powiedz, co za satysfakcja wyeliminować największego wroga, jak on nawet o tym nie wie?- uśmiech Dracona stał się szyderczy, aż pałający ponurą satysfakcją.
-No tak. Zabić mnie, żebym nawet nie wiedział, że to ty i że przegrałem... To nie w stylu Malfoyów. Pokonany musi wiedzieć o porażce. Inaczej nie ma zabawy-wyraz twarzy Harry'ego pozostał bez zmian.
-Myślisz jak Malfoy.
-To miał być komplement?
Zapadła cisza. Obaj młodzieńcy mierzyli się wzrokiem, porozumiewając się milczeniem. Harry wiedział dobrze, co go teraz czeka. I witał to z radością. Czekał na Dracona już tak długo... Czekał na śmierć w jego osobie... Wreszcie się doczekał. Wreszcie nadejdzie koniec. Wyzwolenie, na które czekał tak długo. Nie miał odwagi odebrać sobie życia, ale nie miał nic przeciwko, żeby zrobili to inni. Wróci do Rona, Hermiony, rodziców, wszystkich bliskich, których stracił... Złączy się z nimi...
Draco podszedł bliżej z wyciągniętą różdżką. Wyglądał na rozczarowanego.
-Nie zamierzasz walczyć?- spytał cicho, a uśmiech znikł z jego twarzy.
Harry potrząsnął głową i uśmiechnął się szerzej.
-Po co walczyć? Wtedy zginę albo ja, albo ty. Nie chcę, żebyś ginął. Sprawa jest jasna. Liczyłeś na epicki pojedynek?
-Poddajesz się, Potter? Tak łatwo się poddajesz? Ty?
-Tak trudno ci to przełknąć? Przez całe życie grałem nieustraszonego, nieugiętego bohaterka. Każdy miałby tego dość. Ja miałem już dawno. Chcę tego, Draco.
Po raz pierwszy nazwał go po imieniu. Zauważył cień uśmiechu, który przemknął po twarzy śmierciożercy.
-Rozumiem cię-powiedział skrytobójca, podchodząc jeszcze bliżej. Uśmiechał się, ale nie kpiąco ani szyderczo, tylko... spokojnie.
-Masz jakieś ostatnie życzenie?
Harry skinął głową, wstał i przysunął do siebie Malfoya.
-Pozwól mi. Zawsze chciałem to zrobić-szepnął do ucha swego niedoszłego zabójcy i pocałował go.
Po chwili w oknie rozbłysło oślepiające, zielone światło, które wygasło jak płomień świecy. Minął jakiś czas, gdy w oknie pojawiła się czarna sylwetka i skoczyła bezszelestnie na sąsiedni dach. Po chwili zniknęła, zlewając się z ciemnym niebem.
Gdy po jakimś czasie do pokoiku wpadli dwaj ludzie przydzieleni do ochrony Harry’ego, zwabieni zielonym światłem z okna, zobaczyli starannie ułożone na łóżku martwe ciało ze złożonymi na piersi rękami, w których tkwiła mała, czarna róża. Na twarzy trupa zastygł spokojny uśmiech człowieka, który wreszcie odnalazł spokój.

skomentuj (0)





|Lay by Goldi| layouts-from-neverland.blog.pl